
Z panią Sofią Coppolą nie mam zbyt po drodze. Osobiście uważam, że talent w niej znikomy, a ciągłe wspominanie „Lost in translation” po 15 latach zaczyna być po prostu nudne. To taki Al Bundy, który do końca przypominał o swoim wybornym przyłożeniu sprzed lat…
Na pokuszenie – recenzja
Natomiast na „Na pokuszenie” czekałam bardzo. Nie wiem czemu, ale mocno zaintrygował mnie trailer. Cała sytuacja, opowiedziana w nim, dała mi nadzieję, że dostanę lekko zabarwiony erotycznie thriller o złym mężczyźnie i jeszcze gorszych kobietach…
I chyba takie było założenie.
Mamy więc żeńską szkołę, w której rządzi panna Martha (Nicole Kidman). Uczy dziewczęta wszystkiego, co powinny wiedzieć panienki z tamtych czasów. Uczy ich też swoistej niechęci do mężczyzn. Dużo tu tematów tabu i właściwie można szybko dojść do wniosku, że ktoś kiedyś Marthę musiał bardzo, bardzo skrzywdzić.
I nagle pojawia się on. Żołnierz walczący w wojnie secesyjnej, ranny, którego ratują nasze bohaterki. Dają mu schronienie, a on w towarzystwie rumianych i ciekawskich podlotków coraz lepiej się czuje. Ba, jest jak ryba w wodzie! Trudno więc się dziwić, że napięcie – seksualne szczególnie – rośnie do bardzo niebezpiecznego poziomu… Musi się stać coś złego.
Ja bardzo liczyłam na mocniejszy, szybszy i bardziej zwrotny bieg wydarzeń. Niestety, film okazał się ekstremalnie nudny. Oglądanie go usypia wszystkie funkcje organizmu. Niby miało o być studium przypadku kobiecego umysłu, a wyszło cholera wie co. Nie mam sił bronić go używając frazesów typu „ładna muzyka” i „ładne zdjęcia”, bo tym się niestety nie da nasycić.
„Na pokuszenie” to mocny przeciętniak, który przerósł swoją fabułą reżyserkę. Coppola nie poradziła sobie i z tym, więc nie pozostaje nic innego, jak po raz kolejny wspomnieć o „Lost in translation” oraz o tym, jak bardzo dziewczynka nie chce być kojarzona z MOCNYM nazwiskiem.
Bleh.
