ONA:

Wiecie… mam taką przypadłość. Ciężko się z tym żyje, ciężko funkcjonuje w pracy, w domu, w kontaktach z kimkolwiek i czymkolwiek. Bardzo chciałabym należeć do grona osób, które nie mają tego ficzeru. Bardzo. Tymczasem musi być inaczej. A ja muszę mieć rację. Zawsze. 

Z własnych obserwacji wyszło mi tak: ludzie, którzy mają zawsze rację dzielą się na tych, którzy są silni i potrafią za wszelką cenę obronić swoje stanowisko, lub też tacy jak ja, którzy wiedzą, że mają rację, ale naciski społeczne sprawiają, że w pewnym momencie pojawiają się wątpliwości. Wtedy mój głos rozsądku zaczyna rozważać, czy ja czasem nie żyję w jakieś wirtualnej rzeczywistości i to właśnie ja jestem w błędzie. Dlaczego o tym piszę? Bo wczorajszy wieczór umilała mi praca, spokojnie śpiący wilk, który zakotwiczył pod moim biurkiem i Jodie Foster w filmie „Plan lotu”.

Film otwiera tragedia – w tajemniczych okolicznościach umiera mąż głównej bohaterki. Teraz ona – Kyle Pratt (Jodie Foster), wraz z ciałem ukochanego i ich wspólną córką – Julią, musi pokonać trasę Berlin – Nowy Jork, na szczęście w bardzo nowoczesnym samolocie, w którym swoją drogą grzebała, bowiem Kyle jest inżynierem, konstruktorem właśnie tego środku transportu. Próbując zapewnić swojej córce maksimum komfortu w tak ciężkiej chwili, „chronią” się na końcu rzędu – chcą przespać cały lot, by obudzić się już w Ameryce i mieć siłę na nowy start. Ale Kyle przebudza się w pewnym momencie i dostrzega, że jej mała gdzieś zaginęła. Najpierw zaczyna szukać jej na własną rękę, potem stawia na równe nogi cały personel, z kapitanem włącznie. Rozpoczyna się gorączkowe trzepanie całej machiny, która mimo jakieś tam ograniczonej wielkości – jest przecież nadal ogromna i wypełniona po brzegi miejscami, w których mała mogłaby być. Kyle jest coraz bardziej przerażona, wyczuwa w tej sytuacji jakiś podstęp, boi się, że to porwanie. Powoli odchodzi od zmysłów, bo nagle zaczynają pojawiać się głosy, że kobieta na pokład weszła sama. A potem kapitan ją informuje, że jej córka nie żyje. I to od dłuższego czasu. Pratt nie daje za wygraną. Ktoś koniecznie chce jej wmówić, że ześwirowała, że to trauma po stracie bliskich, ale ona nie daje za wygraną. Więcej, jeśli chodzi o fabułę, ode mnie nie dostaniecie. Wystarczy nieodpowiedni zestaw słów, by zepsuć całą zabawę… A film jest świetny i warto go obejrzeć nie czytając żadnych spoilerów.

Zacznę od aktorów: Jodie Foster jako matka ratująca swoje dziecko, to motyw tak oklepany i ciągle tak samo odtwarzany, że aż szkoda tak zdolnej aktorki, na takie bezczeszczenie talentu. Nie zrozumcie mnie źle – szalenie cenię ją jako całość – jako kobietę, jako artystkę, jako człowieka – imponuje mi jej charakter, jej umiejętności oraz to, że po tylu latach na dużym ekranie, nadal ma ochotę to robić. Ale ostatni raz zaskoczyła mnie w filmie „Rzeź”, w którym swoją drogą – też gra matkę! Jodie, odcinasz kupony. Po „Taksówkarzu” i „Milczeniu owiec” babeczka miała ugruntowaną pozycję Wielkiej Gwiazdy. Teraz – trochę nudzi. I nadal sepleni. Ale za to bardzo mile zaskoczył mnie Peter Sarsgaard w bardzo dziwnej i praktycznie do końca nie sprecyzowanej roli. Niby pierdoła, a jednak kozak. Ni to obserwator, ni jakiś agent. A prawda okaże się zupełnie inna – wręcz powalająca. No i Sean Bean – mogę na niego patrzeć godzinami. Każdy film, w którym on się pokazuje, zyskuje nie tylko na „przystojności”, ale i na „zaczepności”. Połączenie tak cudownych oczu, z takim głosem, akcentem, sprawia, że odwodnić się można tylko jedną drogą. If you know, what I mean…

Jeśli chodzi o warstwę fabularną – pomysł fajny, trochę za bardzo nielogiczny, bardzo oderwany od czegokolwiek. Dla mnie to wszystko nie trzyma się kupy i dupy, chociaż – i tu zaskakuję samą siebie – oglądałam ten film z ogromnym zainteresowaniem. Jest w nim kilka scen, które sprawiły, że nieco szerzej otworzyłam oczy (następny level to otwarcie ust w „geście” niedowierzania). „Plan lotu” to film na raz. Tylko pierwszy seans jest w stanie wykrzesać z widza element zaskoczenia, skołowanie i autentyczne wczucie się w fabułę. Każdy kolejny seans jest coraz bardziej ziewający.

ON:

Lata temu Harrison Ford zagrał w filmie Polańskiego pod tytułem „Frantic” – zaskakująca historia oraz kultowa już piosenka w wykonaniu Grace Jones to tylko dwa z elementów, jakie warto wyróżnić w tymże widowisku. Minęło wiele lat, a co za tym idzie wiele podobnych opowieści pojawiło się w kinach i w telewizorach. Nie były one identyczne, nie były też kopiami, ale łączył je bardzo podobny schemat. Mianowicie główni bohaterowie to osoby, które z dnia na dzień, z godziny na godzinę traciły swoją tożsamość, całe swoje życie.

Gdy kilka lat temu po raz pierwszy obejrzałem „Plan lotu” z Jodie Foster, nie zastanawiałem się nawet nad jego budową oraz głębią całej opowieści. Po prostu obejrzałem kolejny film. Tym razem wróciłem do tego dzieła, by sprawdzić jak wiele się zmieniło w moim postrzeganiu. Okazuje się, że wiele, ale po kolei.

„Plan lotu” zaczyna się sceną w kostnicy. Z dość krótkich i zdawkowych scen domyślamy się, że w nieszczęśliwym wypadku zginął mąż niejakiej Kyle Pratt, inżynier zajmującej się projektowaniem silników do samolotów. Wypadek miał miejsce w Berlinie i właśnie z tego miasta wdowa, wraz ze swoją córką musi przetransportować ciało męża do Nowego Jorku. Pogrążona w żałobie kobieta i jej 6-cio letnia córeczka wchodzą na pokład samolotu, a trumna zostaje zamknięta, zabezpieczona kodem i przewieziona do luku bagażowego.

Wydarzenia z ostatnich dni, zmęczenia oraz tabletki, jakie przyjmuje kobieta powodują, iż po chwili od oderwania się z ziemi Kyle odpływa w objęcia Morfeusza. Gdy się ocknie kilka godzin później, okazuje się, że jej córeczka gdzieś się zapodziała. Ogromny rejsowy samolot to miejsce, w którym naprawdę łatwo się zgubić, ale zatroskana matka nie poddaje się łatwo i stawia na głowie całą załogę, by tylko zaczęto szukać jej dziecka. Na korzyść pani Pratt działa to, że jako specjalistka od części lotniczych zna dość dobrze konstrukcję pojazdu. Co za tym idzie wie gdzie można schować się w tym kolosie. Zaczynają się szalone poszukiwania. Okazuje się jednak, że na pokładzie nie było żadnego dziecka, a przerażona Kyle zaczyna zastanawiać się czy aby nie zwariowała.

Pierwsza połowa filmu jest ciekawa i potrafi przyciągnąć do ekranu, ale wyjaśnienie wątku, które odbywa się około 40 min, jest zakpieniem z widza. W tym momencie cała historia wydaje się naciągana do granic możliwości, wręcz nierzeczywista. Ciekawie zapowiadający się thriller został spłycony do granic możliwości – szkoda.