ONA:

Żeby stworzyć dobry horror, który faktycznie trzyma za gardło/jajca/mordę trzeba bazować na podstawowych zasadach tego gatunku. Musi być strasznie – to jest najważniejsze i podstawowe. Musi być też tajemnica, chociażby malutka. No i niezwykle istotne są tu efekty świetlno-dźwiękowe. Potem tą całość składamy, dodajemy kilka szokujących zapowiedzi i oto proszę – film. Hmmm… Jak tak to czytam, to przypomina mi to video z mojej Pierwszej Komunii (napisałabym, że „pierwszej i jednej z ostatnich”, ale bloga czyta mama, więc puszczę to kursywą, może nie zauważy).

Zawsze jest tak samo. Ciemne pomieszczenie, do którego ciągnie głównego bohatera. Po cholerę oni zawsze wchodzą do tych piwnic, stryszków, altan? Nosz kurde! Idźmy dalej! Po cholerę oni wchodzą tam w nocy, gdzie z racji wątpliwego oświetlenia naturalnego jest ciemno jak w dupie? Super, wziąłeś latarkę/świeczkę. Założę się, że do 5 minut zgaśnie w tajemniczych okolicznościach. A potem nagle coś zacznie stukać, trzeszczeć albo skrzypieć i gdy tylko odwrócisz głowę, przez ekran przewinie się coś strasznego. Podczas jednej z takich scen Dawid zapiszczał jak pięciolatka, tudzież rozjechana żaba. Poważnie.

To może teraz lekko liznę fabułę. Scott Derrickson, czyli pan od „Egzorcyzmów Emily Rose” wplątał nas w całkiem niezłą historię. Rodzina Oswaltów: Ellison (Ethan Hawke), Tracy (Juliet Rylance) i dwoje dzieciaków właśnie przeprowadziła się do nowego domu. Wszystko wygląda prawie fajnie. Tatuś będzie pisał książkę, a reszta domowników musi się podporządkować, czy tego chcą, czy nie. I podczas rutynowych oględzin na strychu, głowa rodziny znajduje pudło wypełnione ośmiomilimetrowymi taśmami. Co Ellison z nimi robi? No oczywiście, że zaczyna je oglądać. Początki każdego filmu są bardzo zwykłe. Rodzinka, uśmiechy, beztroska, a potem nagle widzi(my) różne ciekawe sposoby mordowania. Ellison zaczyna kombinować, próbuje połączyć jakieś punkty i początkowo wcale mu to nie wychodzi. Na moje oko jemu się po prostu nudzi. Zamiast siąść na dupsku i klepać w klawiaturę, kombinować jak stworzyć coś na miarę Pullizera, to on zaczyna zatracać się w intrydze. I co najlepsze – podoba mu się to. Kiedy godzinami ślęczy przed projektorem albo komputerem co chwilę wyłapuje jakieś nowe fakty. W tej przerażającej historii, nagranej dawno temu, widzi wenę i potencjał. I nie chce odpuścić. On ma zamiar rozwiązać tę tajemnicę, zyskać sławę, podziw i całą masę innych fajnostek. I zaczyna się dziać coś szalenie niepokojącego. Syn lunatykuje, córka maluje i opowiada jakieś straszne historie, żona początkowo niczego się nie domyśla, ale kiedy zna już trochę faktów, stawia sprawę jasno – czas wiać, czas uciec z tego przeklętego domu. Ellison ani myśli o tym… Kto zgadnie jaki będzie finał – dostanie muffinka (tylko bez oszukiwania)!

Totalnie się wkręciłam. Film jest okraszony mega tajemnicą, która dopiero pod koniec zostanie wyjaśniona w całkiem udany sposób. Nie ma happy endu i to jest niewątpliwym plusem całej historii. Klimat jest mroczny, nieoczywisty, podbijany przez rewelacyjną muzykę i efekty. Co prawda wszystko jest złożone tak, żeby widza przestraszyć, bo jak nagle coś pojawi się na ekranie lub gdy ciszę przerwie ogromny huk – to organizm reaguje somatycznie, ale szukanie przez Ellisona poszlak i sensu zbrodni, które zobaczył na taśmach było bardzo fajne. Tu warto wpatrywać się w ekran, bo czasami dzieją się rzeczy nie z tego świata.

Ciężko mi porównywać go do jakiejkolwiek innej produkcji, bo ja ciągle jestem patologicznie dziewicza, jeśli chodzi o horrory, ale ten podobał mi się bardzo. Mimo oglądania jednym okiem.

I pamiętajcie – ciekawość jest silniejsza niż strach

ON:

Paulina się dziwi jak to jest, że lubię się bać, że łykam kolejne horrory jak głupek, a później nie mogę spać po nocach. Ja jej tłumaczę, że dzięki nim zwiększy się moja szansa na przetrwanie, gdy dojdzie do zombieapokalipsy lub ataku obcej floty kosmicznej. Dlaczego? Ponieważ gdy z nieba spadnie coś wielkiego, to nie będę biegł, aby sprawdzić co to „jebło” o glebę, tylko będę już jakieś 700 metrów dalej i ruchem jednostajnie przyśpieszonym mam zamiar oddalać się jeszcze bardziej. Nie nazwę tego tchórzostwem, ale zdrowym rozsądkiem. Słabe jednostki się wyeliminują na początku, a później ci, co przetrwają, będą mogli kopnąć potwory w dupsztala. Rodzice się śmiali, że jak będzie koniec świata, to może dzięki wiedzy jaką mam z gier i horrorów, damy radę przetrzymać. Szkoda tylko, że jeśli dochodzi do konfrontacji z siłami wyższymi, to zaczynają się schody. Trudno jest za…ć coś, co nie żyje w naszym wymiarze i często nie posiada ciała. Właśnie przed takim problemem stanął Ellison Oswalt – bohater horroru „Sinister”.

Nie ukrywam, że mam kilka takich produkcji, które przyprawiają mnie o dreszcze, a zaliczają się do nich „White Noise” oraz „Lustra”. Lubię kino grozy z doborową obsadą. Był już Keaton, był Sutherland, przyszedł czas na Ethana H. Chyba najbardziej pamiętam go z roli w „Gattace”, która – przyznam się bez bicia – wyciska ze mnie łzy za każdym razem jak ją oglądam. Później pojawiał się w kolejnych produkcjach, ale nigdy nie był chyba „tak dorosły”, jak w oglądanym ostatnio horrorze. Wciela się bowiem w rolę pisarza, który szukając weny przeprowadza się wraz z żoną i dziećmi na przedmieścia małego miasteczka. Jego reputacja nie jest najlepsza, ponieważ ostatnia książka jaką napisał dość ostro godziła w dobre imię policji. Wiadomo – gliniarze nie lubią jak się im sika do miski z kaszą. Żona nie jest zadowolona z kolejnej przeprowadzki, podobnie jest z dzieciakami. No ale kredyty się same nie spłacą, a ta posiadłość to podobno idealne miejsce na rozpoczęcie pracy nad nowym tytułem. Start jest standardowy jak w 99% filmów grozy, teraz trzeba odkopać jakąś zagadkę z przeszłości. Tak też się dzieje, kiedy Ellison znajduje na pustym strychu stojące samotnie pudło. W środku znajduje się stary projektor na taśmy 8mm i kilka rolek z filmami. Ciekawość, jaka kieruje pisarzem, związana jest z jego pracą, to dzięki niej ma pomysły na kolejne książki i może zebrać materiały do swojej pracy. W nocy gdy wszyscy śpią, zasiada ze szklanicą whiskey i zabiera się za seans. Filmiki zapowiadają się bardzo lekko, o takie historyjki z życia rodziny. Mamy zabawy w ogrodzie, wypoczynek na basenie, prace w garażu itd. Tak właściwie wygląda pierwsze kilka minut każdego z „krótkich metraży”, ale po chwilowej sielance pojawia się obraz zgoła inny. Skrępowani członkowie rodziny są makabrycznie zabijani, a cały proceder rejestrowany jest na 8 milimetrowej taśmie. Kto jest mordercą? Dlaczego zabiera ze sobą najmłodszego z dzieciaków? Pojawiają się pierwsze pytania, na które Ellison chce znaleźć odpowiedzi. Niestety, nie będzie to takie łatwe jak mu się wydaje. Lokalna policja nie chce z nim pracować, rodzina nic nie wie o jego odkryciu, a on coraz to bardziej popada we własne szaleństwo. Elementy układanki wpierw rozsypane po kątach, zaczynają do siebie pasować i układać się w całość. W nocy zaś w domu słychać dziwne głosy, stuki, kroki. Wszyscy inni domownicy śpią spokojnie, tylko pisarz ma problemy z tym, do czego się dokopał. Reżyser straszy nas od samego początku, nie robi to jednak w sposób bezpośredni. Tutaj praktycznie nie ma scen, w których coś wyskoczy nam z boku kadru, tu groza przybrała inną formę. Pomieszanie różnych gatunków bardzo dobrze wpłynęło na całość, przez to coraz to bardziej dajemy się porwać śledztwu, jakie przeprowadza bohater i czasami tak jak on „czujemy się bezpieczni”. Reżyser tylko czeka na nasze rozluźnienie i wtedy znów raczy nas niepokojącymi obrazami. Ten film jest straszny. Przyznam się, że sam podskoczyłem kilka razy, a raz aż krzyknąłem, gdy zobaczyłem co dzieje się na ekranie.

„Sinister” to kawał dobrego, strasznego filmu grozy, to dobrze zagrane i ciekawie opowiedziane kino, w którym Ethan Hawke udowodnia, że ludzka ciekawość jest silniejsza niż strach, czy rozsądek.