ON:
Sofii Coppoli udało się stworzyć dzieło niesamowite – proste, surowe, a jednocześnie przesiąknięte emocjami. Umiejscowienie akcji w odmiennie kulturowo Japonii pozwala jeszcze bardziej podkreślić różnice pomiędzy bohaterami i otaczającą ich rzeczywistością. Otwierające film intro składa się z dwóch sekwencji. Pierwsza to leżąca na łóżku Charlotte, druga zaś pokazuje jadącego z lotniska do hotelu aktora Boba Harrisa. Senna muzyka towarzysząca tej scenie, jest jak wspomnienie silników samolotu, które jeszcze nie przestały huczeć w naszej głowie.
Neony Tokio wypalają w nocnym świecie dziury pełne blasku, można się w nich schować i choć na chwilę zapomnieć o jetlag. W hotelu Bob ucieka w kierunku sypialni i tam chroni się przed natrętną grupą Japończyków, którzy będą jego przewodnikami i tłumaczami przez najbliższe dni. Bezpieczna przystań poduszek jest jednak bardzo złudna. Wszystko dlatego, że zmiana stref czasowych robi swoje. Miasto żyje swoim tempem, w które trzeba się wbić, ale może to potrwać. Ranek nie przynosi niespodzianek, kolejna grupa Japsów, wierzących, że keiretsu może zastąpić zaibatsu, stara się zaciągnąć Boba w odpowiednie miejsca. Sesja zdjęciowa staje się utrapieniem. Jap-english – łamana, kaleczona angielszczyzna nie wydaje się być lepsza, niż posiadanie własnego tłumacza, który wkłada w swoje usta słowa japońskiego fotografa. Znudzenie totalne jest tym, co opętało osobę podstarzałego aktora.
W czasie gdy Bob zmaga się z kolejnym japońskim artystom, który mówi „Łodżeł Mół i Fłank Sinatła”, Charlotte zmaga się z samotnością. Dwa lata małżeństwa zaprowadziły ją w miejsce, w którym nie ma klamek, a drzwi, które przekroczyła, zamknęły się na amen. W chwilach, gdy jej młody mąż jeździ po mieście by pstrykać grupy J-rockowe, ona przesiaduje w hotelu i stara się znaleźć siebie. Ma jej w tym pomóc ikebana oraz audiobooki, stworzone przez łysiejących szarlatanów, którzy na dzień dobry zaglądają do Twojego portfela. Zapomnij o czakrach, które muszą się wypełnić odpowiednią energią, to nie ten poziom. Facet w słuchawkach opowiada o mapie, którą zna Twoja dusza zanim pojawisz się na świecie, tylko czy to ta sama mapa, którą ma kierować się Charlotte?
Gdy w jednym hotelu pojawią się dwie tak samotne dusze musi się coś wydarzyć – tak też się dzieje. Pierwsze spotkanie Boba i młodej dziewczyny jest przypadkowe i nie ma z niego większych konsekwencji, dopiero kolejne stają się swoistą podróżą dwóch samotnych ciał, które wędrowały przez cały świat, aby znaleźć się w tym tokijskim hotelu. Jego doświadczenie i jej niewinność splatają się wzajemnie, budzi to do życia nowe stworzenie, ciekawską hybrydę, zrodzoną z ich wspólnych emocji. Zaczynają zwiedzać miasto, spędzać razem ogromne ilości czasu i co najważniejsze – poznawać się wzajemnie. Nie jest to już przyjaźń, ale chyba nie można nazwać tego romansem. On dzieli się z nią wiedzą na temat 25 lat małżeństwa, z którego 1/3 przespał, co daje dużo lepszy wynik. Ona opowiada o wizytach w świątyni i szukaniu własnego ja. Nie przeszkadza im się to upić podczas wypadu na karaoke i śpiewać utwory, które są wyznaniem najmocniejszych uczuć. Stojąc w pustym ciemnym korytarzu wspólnie palą papierosa. Jednego. Podają go sobie smakując DNA zapisane w postaci śliny na filtrze. Czy można być bliżej z drugą osobą, z którą nie idzie się do łóżka?
Smutna komedia, o smutnych i trudnych chwilach naszego życia. Opowieść o samotności i ludzkiej potrzebie bliskości, o tym, jak bardzo gubimy się w wyborach, które wydają się dla nas dobre. Coppola stworzyła coś, co udaje się tylko raz, dzieło kompletne, wybitne – stworzyła „Między słowami”.
ONA:
Istnieją filmy, które zawsze potrafią nas wzruszyć. Albo inne, które jakimiś magicznymi sztuczkami umieją zmusić nas do działania. Są też takie, które dają nam do myślenia, które przestrzegają przed złymi wyborami, nieodpowiednimi osobami. Można mnożyć te „typy” jeden za drugim, a ja do tej list dołożę jeszcze jeden „gatunek” – film, który mnie koi, uspokaja absolutnie i przy którym nie raz się popłakałam. To „Lost in Translation” – jedna najpiękniejszych produkcji, jaka kiedykolwiek powstała.
On – podstarzały aktor, który rodzinę i dom zostawił w Stanach i kręci aktualnie uwłaczającą, ale dobrze płatną reklamę. Ona – zabłąkana, już kobieta, ale ciągle dziewczyna, która wyjechała z mężem fotografem. Spotykają się tysiące kilometrów od swoich domów, w Tokio, gdzie życie wygląda i płynie zupełnie inaczej, gdzie jest inna kultura, inne obyczaje, nie wspominając już o różnicy czasowej, doprowadzającej ich do chronicznej bezsenności… On stoi na zakręcie. Życie go wkurza, nudzi, ale nie jest typem samobójcy, który chce skoczyć z wysokiego budynku w otchłań wieczności. On chce czegoś nowego, czegoś, co nie przypomina mu o codzienności, o rutynie. Tęskni za graniem, za wyzwaniami, za to rodziny nie brakuje mu zupełnie. No kocha ich wszystkich, uwielbia swoje dzieciaki, ale chce odpocząć. Tylko sam nie wie od kogo, od czego… Ona jeszcze nie wie czego chce od życia. Nie umie znaleźć swojej drogi i najgorsze jest to, że „droga małżeńska” też jakoś jej umyka. Może to wszystko odbyło się zbyt wcześnie? Może najpierw powinna zadbać o siebie? I ta dwójka wpada na siebie właśnie w Tokio, w bardzo dobrym i zarazem bardzo złym momencie „życiowym”…
No tak, przychodzi teraz ten moment, kiedy trzeba wydać werdykt, kiedy należy ocenić film. Tu nie jest to takie proste. Bo jak ocenić coś, co jest jak ciepły deszcz, który rozkosznie spływa po Tobie, przerywając uporczywy upał? Albo co jest jak pierwszy śnieg w życiu Twojego psa/dziecka. Ten film to bezkresny ocean, który zdaje się nie mieć końca, w którym zawiera się wszystko. To koło, bez którego nie istnielibyśmy. To „Mona Lisa”, która spogląda na Ciebie tym swoim tajemniczym wzrokiem. To emocje, to łzy, to ukojenie. To dzieło jest kompletne. Ono ma rewelacyjną fabułę – niby to tylko obyczaj z kilkoma elementami komediowymi, ale można się z nim bardzo utożsamić. Jest świetnie zagrany – Bill Murray i Scarlett Johansson są tak strasznie różni, że jest to wręcz nierealne jak dobrze razem wypadli. Ona piękna, młoda, trochę „jałówka”, ciągle na początku drogi aktorskiej, on doświadczony, słodko-gorzki wyjadacz, klasyk, element kultury, człowiek-historia i do tego Pogromca Duchów. Zanurzeni razem w opowieści o samotności i to takiej najgorszej, bo samotności wśród ludzi. A oni po prostu się zaprzyjaźniają… I to w pięknej scenerii, która miesza intymność z miejską dżunglą. Raz przyciemnione, ciepłe światło, otulające jak miękki koc, a potem szał mrugających, oczojebnych neonów, bo hej – to w końcu Tokio. Zresztą, muzyka, którą dobrano do filmu, jest bardzo podobnie rozłożona. I takimi dualizmami: młodość – dojrzałość, intymność – zgiełk, subtelność – dzikość, karmi nas Sofia Coppola. I chwała jej za to. Moim zdaniem to jej najlepszy film i z pewnością jedna z tych pozycji, które obejrzeć trzeba. I to najlepiej regularnie.
