ON:

Nigdy nie przeczytałem „Moby Dicka”. Jak byłem nastolatkiem, to stwierdziłem, że nie będę czytał książce o jakiejś przerośniętej „rybie”. Potem przerażała mnie grubość tego dzieła, poza tym nigdy nie miałem parcia na opowieści marynistyczne. Do czasu.

Po lekturze „Terroru” ciekaw byłem innej historii z morzem w tle. Padło na historię wielorybniczego okrętu „Essex”.

Ron Howard dysponując niezłym budżetem nie ograniczał swojej wizji historii i to widać. W filmie znajdziemy całą masę niesamowitych drobnostek i smaczków, które dodają całej opowieści wiarygodności. Należy też wychwalić niesamowite zdjęcia, które wyszły spod ręki Anthony’ego Doda Mantle’a, który współpracował z Howardem przy „Wyścigu”. Trzeba przyznać, że jego ujęcia potrafią sprawić, iż czujemy się, jak w sercu całej opowieści. Podwalinami filmu jest wspomniany przeze mnie na początku wpisu „Moby Dick” – książka zaliczana do klasyki powieści amerykańskiej i arcydzieło literatury światowej.

Były takie czasy, gdy tłuszcz wielorybi był na wagę złota. Każda baryłka osiągała niesamowite na rynkach całego świata. Wszystko dlatego, iż miał on niespotykane do tej pory właściwości palne. Okręty wielorybnicze wyruszały z różnych portów tylko po to, aby zapełnić ładownie tym płynnym złotem. Gdy zaczynały się dni „połowów”, woda w oceanie zabarwiała się na kolor czerwieni.

Z Nantucket wyrusza kolejny okręt. Jego dowódcą jest młody i niedoświadczony Kapitan George Pollard, zaś pierwszym oficerem Owen Chase – mężczyzna, któremu brak szlacheckiej krwi, ale za to nie brak zapału i wiedzy, której brakuje innym. Poza tym ma coś jeszcze – niesamowitą charyzmę, która pozwala trzymać w ryzach niejednego marynarza. Od początku widać konflikt na linii kapitan – pierwszy. Panowie nie przepadają za sobą i po kilku incydentach starają nie wchodzić sobie w drogę. Chase chce zapełnić ładownię po brzegi. Na lądzie czeka bowiem na niego żona w ciąży oraz obietnica awansu na kapitana, jeśli tylko pod pokładem znajdzie się 2000 baryłek wielorybiego tłuszczu.

Narratorem całej historii jest nastoletni Thomas Nickerson. Sierota, dzieciak, który na pokładzie statku szuka dla siebie miejsca. To on jest jednym żyjącym świadkiem tamtej wyprawy. Początek podróży nie przynosi wielkich niespodzianek. Poza jednym sztormem, który lekko uszkodził okręt, nic się nie wydarzyło. Udało się upolować pierwszego kaszalota, który zapewnił 47 baryłek poszukiwanego towaru. Jednakże kolejne miesiące upływały na niczym. Załoga nie natrafiła na kolejne osobniki i z racji kończących się zapasów zawitała do jednego mijanych portów. Tam napotykają kapitana hiszpańskiego okrętu, który opowiada niesamowitą historię o lewiatanie, ogromnym białym kaszalocie, który zniszczył jego okręt i pozbawił życia 6 członków załogi. Chase oraz Pollard tym razem są zgodni: trzeba przepłynąć 1000 mil, do miejsca, w którym pojawiła się ta bestia. Na miejscu czeka ich jednak coś więcej, niż oczekiwali.

„W samym sercu morza” jest współczesną „Iliadą”, opowieścią, która jest wielowymiarowa. Nie tylko opowiada o ludzkim dążeniu do niemożliwego, ale także pokazuje grozę dzikiej natury oraz kres możliwości. Film jest potrafi zachwycić i na pewno trzeba wybrać się na niego do kina. Wielki ukłon dla Chrisa Hemswortha, który w swojej roli wypadł naprawdę dobrze!

ONA:

Piękny, zachwycający i do tego zrealizowany tak, że masz ochotę usiąść z tą ogromną książką, zabrać kubek herbaty, koc i przeżyć jeszcze raz tę historię, tak, jak napisał ją autor. W tej historii jest tyle odniesień, tyle emocji, tyle momentów, w których zastanawiasz się nad każdym elementem życia… To było wspaniałe przeżycie, móc obejrzeć „Moby Dicka” na dużym ekranie. A przy okazji – poza świetną fabułą, mamy tu dzieło na rewelacyjnym poziomie.

Zacznę od bazy: Herman Melville napisał jedną z najważniejszych książek w historii ludzkości. Ona jest o wszystkim. I znajdziesz w niej wszystko. Znajdziesz w niej to, co chcesz. To, co potrzebujesz. To, co Cię wzruszy i poruszy, co da Ci do myślenia, co pokaże Ci przeznaczenie, człowieczeństwo, siłę, religię, naturę… Co tylko potrzebujesz. Ta książka na to odpowie. Nie żadna Biblia czy inne „boskie słowo”. To właśnie „Moby Dick”.

Ron Howard stanął na wysokości zadania. Ten film zachwyca. Zachwyca brutalnością, która miesza się z pięknem. Zachwyca metaforami, ale też obdziera ze złudzeń. Piękne zdjęcia i ujęcia, genialne kadry, zachwycająca muzyka, efekty, które nie są efekciarskie i Chris Hemsworth, który w moich oczach z każdym kolejnym filmem zyskuje bardziej i bardziej… Widać, że musiał skatować się okrutnie do roli w tym filmie. Ale wiesz co? W roli pierwszego oficera wypadł genialnie. Mam nieodparte wrażenie, że cała obsada została bardzo skrzętnie dopasowana do poszczególnych ról. Świetny Hemsworth, bardzo dobry Benjamin Walker. Młody Tom Holland – super. To nie debiutant, bo on zaczynał od „Niemożliwe”, więc klimat „wodny” jest mu znany – rzucenie gówniarza na głęboką wodę zaowocowało ekspresowym kursem dojrzewania. W tym dojrzewania aktorskiego. Ben Whishaw – mogłabym na niego patrzeć godzinami.

Ten film wygrywa przede wszystkim tym, jak jest zrobiony technicznie, jak tu wszystko ze sobą perfekcyjnie gra. Widać, jak malutkim i skrajnie kruchym ogniwem jest człowiek w zderzeniu z naturą, którą niby próbuje okiełznać, ale która jest dużo potężniejsza niż on sam. Widać tu, jak ważnym elementem „człowieczeństwa” jest charakter i cała paleta emocji, które warto mieć może nie na uwięzi, ale opanowane. To film, w którym znaczeń jest tak dużo, że zachwyci pod tym względem wiele osób. Mnie powalił. Zastanawiam się, czy nie zobaczyć go w kinie jeszcze raz, próbując okiełznać umysłem wszystko to, co chciałabym w tym dziele zobaczyć.