ON:
Chciałem Paulinie przypomnieć dobrą komedię z lat 80-tych. Mowa tu o „Golfiarzach”. Podczas seansu okazało się, że ten film nie przetrwał próby czasu i jest po prostu nudny. Nie uratowali go ani młody Bill Murray, ani Chevy Chase. Trochę szkoda, bo myślałem, że odbędziemy sentymentalną podróż do granic absurdalnego humoru, ale niestety – wyszło troszkę inaczej.
Wszystko jest winą słabego scenariusza, a dokładniej braku świetnych gagów. Historia skupia się na burżuazyjnym klubie golfowym. W tym miejscu wśród bogaczy przemykają prawie niezauważeni biedni nosiciele kijów. Ich praca (często niedoceniana), nie jest bez znaczenia, przecież dzięki nim wyższe sfery mogą dobrze się bawić, wbijając kolejne piłki do dołków. Oczywiście, mamy tutaj kijowego kopciuszka, który stara się za wszelką cenę zdobyć stypendium klubu i pójść na studia. Aby to zrobić, trzeba polizać kilka tyłków. Chevy gra zblazowanego bogacza, który spędza dni na graniu i relaksowaniu się. Za „zielone” elementy odpowiada szalony ogrodnik i spec od demolki, czyli Carl Spackler (Murray). W spokojne dni wplata się chaos w postaci bogatego potentata budowlanego Ala Czervika. Ten kmiot bez ogłady doprowadza właścicieli do białej gorączki. Koniec końców rozpoczyna się partia golfa, w której wybrany bierze wszystko.
Pomysł nie był głupi, ale wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Chevy Chase, który dla mnie jest genialnym aktorem komediowym tamtej epoki, wręcz prosił się o więcej swobody. Brak go na ekranie, tak samo jak i brak Billa Murray’a. Na 90 minut filmu panowie mają łącznie może 10 min scen i to właśnie one są całkiem śmieszne. Genialny jest także monolog na kolacji, który wygłasza Al. Ale czego się dziwić, w końcu to Rodney Dangerfield – ikona, wręcz bohater komedii.
„Golfiarze” nie sprawdzają się jako komedia. Śmiechu jest tu jak na lekarstwo, gagów jeszcze mniej. To, co działo się na ekranie, śmieszyło mnie ponad 20 lat temu, teraz jest po prostu mało strawne. Szkoda, bo myślałem, że będę miał sentymentalną, przyjemną podróż w czasie. Można odpuścić.
ONA:
Starzenie się to nieodwracalny proces, w którym poza rozrostem niektórych tkanek, uwiądem innych i większą ochotą na spanie, solidnie zmienia się też poczucie humoru. Mam pewną teorię na ten temat. Po prostu z każdym dobrym filmem, niezależnie od gatunku, stawiamy innym dużo wyżej poprzeczkę.
Weźmy na przykład hit kinowy sprzed kilku miesięcy, czyli „TEDa”. Nie zrozumcie mnie źle – uśmiałam się na tym filmie i to nie jest tak, że zupełnie mi się nie podobał. Oj nie. Ale widziałam wiele innych komedii, które rozbawiły mnie o wiele bardziej (ot, takie tam „Jaja w tropikach”). Jeśli chodzi o samego „TEDa” to moim zdaniem film praktycznie w całości zamknięty jest w trailerze. A po co w ogóle o tym piszę? Otóż dlatego, że wczoraj obejrzeliśmy „Golfiarzy” i wiele lat temu ta produkcja mnie rozwaliła, oczywiście w pozytywnym znaczeniu, a wczoraj zdechłam z nudów.
Ten 33-letni film, wyreżyserowany przez Harolda Ramisa (który nota bene jest świetny, zarówno przed, jak i za kamerą), powinien na wieki wieków zostać na półce, którą nazwałabym „Obejrzeć raz i więcej do niego nie wracać”. Niestety, wróciłam i żałuję. Teraz w moich oczach jest to bardzo kiepska produkcja, z kilkoma śmiesznymi momentami. Na największą uwagę zasługuje tu oczywiście Bill Murray, który z obłędem w oczach poluje na jakiegoś pluszowego gryzonia. Chevy Chase również jest gwarantem dawki śmiechostek i w „Golfiarzach” też daje radę. Niestety, panowie mają bardzo drugoplanowe role, jest ich zdecydowanie za mało na ekranie. Jeśli zaś chodzi o fabułę, to jest ona kiepska. Bardzo kiepska. Wszystko toczy się w klubie golfowym, mamy bogatych i biednych, mamy pozytywne i nieco gorsze postacie, jest trochę „seksu” i cycków i tak poza tym, to niewiele zostało.
Teraz już bym go nikomu nie poleciła. Znudzona do szpiku kości, ze zmanierowaną miną siedziałam na kanapie, potem na rowerze, a potem oddałam się przyjemności grania w „The Sims 2”.
„Golfiarze” nazywani się „klasyczną komedią sportową z lat 80-tych”. Przeanalizujmy, czy faktycznie zasługuje na ten tytuł. Komedia – no okej, są komediowi aktorzy, jest kilka śmiesznych scen, zatem pasuje. Sportowa – fabuła krąży wokół tego tematu i kilku pobocznych, ale to zupełnie tak, jakby nazwać film, w którym mucha wkurza bohatera, dziełem typu „animal attack”. Zatem trochę skucha. Klasyczna – w tym wypadku oznacza „typowa”, a nie „ponadczasowa” i owszem, to kino jest stuprocentowym obrazem z lat 80-tych, które wręcz wylewają się w każdym kadrze. Dla mnie ten okres, szczególnie jeśli chodzi o kino (i modę), to czas bezsensownych pomyłek. „Golfiarze” nie zbaczają z drogi i na pierwszy rzut oka widać i słychać wszystkie niedociągnięcia. Twórcy chyba mieli nadzieję, że mało który widz zauważy te wszystkie mniej lub bardziej rażące błędy.
