ONA:
No co mogę powiedzieć o tym filmie? Że mogło być fajnie, intrygująco, bardzo „minimalistycznie”. Wyszło nędznie.
„Czworo do pary” to film, w którym mamy tak naprawdę 2 bohaterów. Gdzieś tam inni się przewijają na początku produkcji, ale to tyle. Dwoje bohaterów, dwie „lokacje”. Niby bardzo prosty scenariusz do tego, ale… No cóż, okazuje się, że nawet tak proste rzeczy można klasycznie spierdolić.
Ethan i Sophie są małżeństwem z jakimś tam już stażem. Wiadomo co się dzieje: wszystko gaśnie, dogorywa. Niby nadal się kochają, ale więcej w tym przyzwyczajenia, niż emocji, uczuć. Tak jest wygodniej. Oboje są świadomi problemu, dlatego decydują się na terapię. Ich terapeuta zaleca im wycieczkę, małe wakacje, które do tej pory wszystkim jego pacjentom pomagały. Urokliwy domek, wino, świece… Czas na rozmowy, na seks, na odbudowanie całej relacji. Hej, przecież nadal się kochają… jakoś…
Małżonkowie przyjeżdżają do domku i od razu ich uwagę zwraca kronika, swoista księga pamiątkowa, w której inni goście zapisywali swoje wrażenia. Och i ach, jedna wielka miłość. Ethan i Sophie są bardzo tym wszystkim podjarani. I faktycznie, coś zaczyna się dziać. Wraca namiętność, wraca zaangażowanie, jest super seks… Tylko… Coś tu nie gra. Okazuje się bowiem, że w domu mieszka jeszcze jedna para: Ethan i Sophie – wersja „lepsza”. Nie dość, że jest teraz coś dziwnie, to jeszcze pojawia się „problem”. Czy czasem Ethan nie woli towarzystwa nowej Sophie, a Sophie nowego Ethana?
To by mógł być dobry film – bardzo minimalistyczny, bardzo intrygujący i który stawia mnóstwo pytań. Niestety, nie wyszło. Film wygląda tak, jakby go nakręcili uczniowie liceum na zajęciach dodatkowych. Aktorzy są tragiczni, irytujący i spoko, rozumiem, że mają być bardzo „zwykli”, ale na Teutatesa – oni są niemrawi, bez charakteru. Nie jesteś w stanie ich zapamiętać. Nie skupiają oni uwagi. Właściwie jedynym elementem, który w tym filmie może jakoś „zainteresować”, jest samo wytłumaczenie CO DO KURWY TU SIĘ DZIEJE? Ale cóż, ten film zostawia nas z ogromem pytań iiiii… z żadnymi odpowiedziami. Nie wiem, czy to sci-fi, czy to dramat, czy obyczaj, czy komedia romantyczna. Wiem za to, że Charlie McDowell zmarnował kasę, czas, zaangażowanie, bo za reżyserowanie takich gniotów i wypuszczenie ich w świat, powinna być kara chłosty. Albo oznaczanie na czole „Robię gówniane filmy”.
ON:
„Czworo do pary” jest filmem dziwnym, przekombinowanym i przez to mało zaskakującym. Wydaje się nam, że mamy do czynienia z dramatem obyczajowym lub smutną historią o rozpadającym się związku, a tak naprawdę, gdy tylko załapiemy pierwszy „twist”, wszystko staje się dla nas jasne. Kolejne okruszki, które sypie przed nami scenarzysta i reżyser, są sucharkami, które nie smakują i stają w gardle.
Na plakacie tego dziełka znajduje się hasło „Spektakularny! Daje nowe życie komedii romantycznej”. Ten górnolotny cytat dotyczy chyba innego filmu, bo w „Czworo do pary” nie uświadczymy nic z komedii, a tym bardziej romantycznej. Główny wątek dotyczy rozpadającego się związku i próby jego ratunku, ale czy jest tutaj romantyzm? Wątpię. Gdy jednak na ekranie zaczynają dziać się rzeczy rodem ze „Strefy mroku”, zaczynamy się zastanawiać po jaką cholerę to oglądamy. Scenarzysta chyba zupełnie odpłynął i stwierdził, że wrzucenie do dramatu obyczajowego elementów sci-fi, odrobinki thrillera, czegoś, co można nazwać czarną komedią, która nie jest wcale śmieszna, może nadać temu działu smaku. Okazuje się, że wcale tak nie jest. Smaku to nie ma ani drobinki, logiki jest jeszcze mniej.
„Czworo do pary” to przykład na to, że porywanie się z motyką na słońce przeważnie jest skazane na niepowodzenie. W tym wypadku to duże nieporozumienie i dość brzydki bąk puszczony w stronę kinomaniaków. Jeśli najdzie was ochota na seans, to od razu skreślcie ten film z listy. Szkoda waszego czasu.
