ONA:

Jedna z NAJLEPSZYCH komedii ostatnich lat. Bije na głowę całą resztę pseudo-śmiesznych historyjek, a nasze rodzime produkcje doprowadza do szlochu. Film tak genialnie zrobiony, że aż boli. Kapitalna obsada, świetnie poprowadzona historia, dowcip nieco fekalny, ale teksty miażdżą. To jeden wieki pastiż całego holiłudu oraz filmów akcji i wojennych. Kto nie widział, niech natychmiast dopada tą produkcję, bo naprawdę WARTO.

Film opowiada o kręceniu filmu. Nie byle jakiego, bo wojennego. Do tego o wojnie wietnamskiej. Film ma być ekranizacją książki żołnierza (Four Leaf Tayback), który w walce stracił obie dłonie. Pełny wzruszających momentów i ostrej walki.

W rolach głównych:

  • Tugg Speedman, gwiazdor kina akcji, którego blask gaśnie. Marzy o byciu wielkim aktorem dramatycznym, co mu nie wychodzi. Nie umie płakać.
  • Jeff Portnoy, czyli prawie Eddie Murphy (Eddie to dla mnie totalna porażka kina, każdy film z nim to pierdzące badziewie, każdy, bez względu na lata, w których był kręcony. Eddie Murphy to czarny Borys Szyc), koleś, który jest uzależniony od żarełka i dragów. Gra w filmach o pierdzeniu. Jest w tym dobry. W ćpaniu też.
  • Kirk Lazarus, czyli aktor spełniony. Nagrody, podziw, same dobre recenzje. Wczuwa się w każdą rolę, bo chce być autentyczny. Do tego cały czas gra.
  • Alpa Chino, raper, czy coś takiego. Pije soczek z foczek, jest mega męski, rwie zyliony lachonów. Gej.
  • Kevin Sandusky to taka trochę lama. Liczy, że rola w filmie przyniesie mu spore branie u płci przeciwnej. Śmieszny chłopczyk, ale bardzo pozytywny. No uroczy jest.
  • Damien Cockburn, reżyser całego cyrku. Klasyczny przykład na to, że nie wystarczy mieć angielski akcent, żeby pojawiło się powodzenie. Ale ma ogromną chęć nakręcić najlepszy film wojenny i chęć ta aż go rozrywa, szczególnie w ostatniej scenie z jego udziałem.
  • Cody, stylizowany na czeskiego metala, krótko z przodu, długo z tyłu i wąsy na przedzie. Pirotechnik, który lubi robić Kaboom.
  • Les Grossman, sponsor. Kasy jak lodu, gobelin na klacie. Mały misiek, który lubi przeklinać (a robi to tak cudownie, że aż mam ochotę ustawić te jego teksty, jako dzwonek sms). I sama nie wierzyłam kto zagrał tę rolę. „Tom Cruise” w kinie mi tylko mignął, myślę sobie – producent może. Kasiurę wyłożył. Ale w domu sprawdziłam. Najlepszą rolę w tym filmie zgarnął scjentolog. Pan Criuse w KAŻDYM filmie był tragiczny. W KAŻDYM, nawet w „Ostatnim Samuraju”. Jestem uprzedzona, nie lubię kurdupla, bo gra zawsze tak samo. I tu nagle BOOM! Zagrał moją ulubioną postać. Jestem hipokrytykiem.

No i panowie biorą się za robienie kina. Idzie im to oczywiście tragicznie. Reżyser staje na minie, koleś, który napisał książkę okazał się ściemniaczem, a na koniec wszyscy lądują w firmie, która zajmuje się produkcją heroiny.

Nie ma o czym dalej mówić. To trzeba zobaczyć. KONIECZNIE!

ON:

Paula zrobiła z recenzją tego filmu coś tak świetnego, że pomimo kilkukrotnych starań, nie byłem w stanie nawet odrobinę zbliżyć się do poziomu zajebistości jej opisu. Cokolwiek bym napisał, będzie się przy tym wydawało laurką dla babci napisaną przez 4 -latka. W związku z tym rzucam mokry ręcznik na deski poddając się, gdyż nie napiszę nic co będzie mogło konkurować z jej wpisem.

Ode mnie dodam tylko, że jest to jedna z tych tak głupkowatych komedii, że naprawdę były momenty gdzie wpadałem w histeryczny śmiech, którego nie mogłem powstrzymać. Polecam!