ONA:

Przyznam się bez bicia. Zaproponowałam ten film, mimo, iż mam ogromną ochotę na „Lot nad kukułczym gniazdem”, mimo, iż jesteśmy w tracie oglądania „Ocean’sów” i mimo, że to nie jest zbytnio górnolotne kino. Ale jestem w postępującym stanie amebalnym i myślenie mnie aktualnie boli, także unikam wszystkiego, co powoduje wzmożony przesył impulsów po synapsach nerwowych, zostawiając sobie jedynie funkcję spania, oddychania i trawienia.

„Wspólna chata” skupiła moją uwagę przede wszystkim z dwóch powodów. Raz: aktorzy. Billy Crystal, Bette Midler i Marisa Tomei, która ma jakiś kontrakt z diabłem, bo z każdym kolejnym rokiem wygląda jeszcze lepiej. Dwa: to komedia. Komedia, czyli idealny materiał na wieczorną wegetację. Komedia, czyli jak się odmóżdżyć w nieco ponad 100 minut. Na kukułcze gniazdo przyjdzie jeszcze czas…

Artie Decker (B. Crystal) jest świetnym komentatorem sportowym, który umiłował sobie drugą ligę amerykańskiego baseballu, bo nie musi być zanadto poprawny politycznie, siedząc za mikrofonem i opowiadając to, co widzi. I ostatniego dnia sezonu dowiaduje się, że wylatuje z pracy. Dlaczego? Otóż Artie może i jest świetnym fachowcem, ale ani nie puszcza tłitów, ani nie lajkuje postów na fejsbuniu, nie wie co to Angry birds i jest delikatnie mówiąc – reliktem. Potencjalny emeryt pocieszenie znajduje w ramionach swojej ślubnej, Diane (B. Midler), która cokolwiek by się nie działo, zawsze mu pomaga. Tymczasem, gdzieś dużo, dużo dalej poznajemy drugą część bohaterów filmu, rodzinę Simmonsów, którzy żyją w swoim prototypowym domku (w którym wszystkie polecenia można aktowywować głosem i który jest bystrzejszy niż niejeden gimbus). Alice (M. Tomei) i Phil (Tom Everett Scott) wychowują swoją trójkę wrzodków w sposób typowy dla współczesnych rodziców: dużo zajęć popołudniowych, dużo pieprzenia o uzewnętrznianiu emocji i uczuć, żadnego cukru i żadnych durnych zabawek (zapomnijcie też o militarnych gadżetach). Ich harmonogram dnia ściśle kontroluje komputer domowy, a rodzice są zaprogramowani na wychowanie championów. Okej, ja teraz to rozumiem. Też chciałabym, żeby nasza Bowie była championem, którego wszyscy podziwiają, ale jak ma ochotę wytaplać się w kupie albo gdy chce biegać za swoim ogonem przez 10 minut – to niech i tak będzie. Simmonsowie nie pozwalają swoim pociechom biegać za ogonem. Aaa! Zapomniałabym o najważniejszym! Alice jest jedyną córką Artiego i Diany! Ale coś sprawia, że prawie w ogóle nie widuje się ze swoimi rodzicami, a oni z wnukami. Tymczasem pojawia się okoliczność… Phil i Alice chcieliby spędzić trochę czasu tylko we dwoje. Rodzinne wakacje to żadne wakacje, a oni pragną na chwilę odetchnąć. Oczywiście, rodzice mamuśki są ostatnimi na liście „do opiekowania się gromadką”, ale gdy wszystkie opcje nawalają, są zmuszeni poprosić ich o pomoc. Deckerowie z miejsca się zgadzają i gdy tylko pojawiają się w inteligentnej hawirze zauważają, że są tymi „drugimi” dziadkami, tymi, których zdjęcia stawia się na samym końcu szafki. Postanawiają wykorzystać swoje pięć minut (a dokładnie tydzień), by odbudować wszystkie relacje i poprawić kontakty. Nie jest to niestety zbyt proste. Wojna między trzema pokoleniami dopiero się zacznie…

Andy Fickman to koleś od właśnie takich produkcji. Jego filmy są poprawne, nawet z sensem, ale nie są to dzieła, które wchodzą do historii. W „Wolnej chacie” było śmiesznie, było poważnie i wzruszająco. Po drodze mijamy odmęty ludzkich emocji, problemów, ale spokojnie – na końcu czeka na nas ckliwy happy end. Można obejrzeć z dziećmi, bo nie ma tu żadnych fekalno-organowych dowcipów, a i pośmiejecie się momentami.

Obejrzałam, więcej do tego dzieła nie mam zamiaru wracać.

ON:

Czasami potrzeba nam seansu, który odstresuje i pomoże odreagować po całym dniu. Najlepiej kiedy na ekranie naszego telewizora pojawia się komedyjka lekka i nie wymagająca dużej uwagi. Zbliżała się 23:00 i czas był najwyższy, aby coś odpalić, bo ja już lekko przysypiałem i mogło się okazać, że zaraz odpłynę w objęcia niejakiego murzyna, zwanego Morfeuszem. Paulina zaproponowała więc komedie z Billym Crystalem pod tytułem „Wspólna chata”.

Jest to typowe kino amerykańskie dla całej rodziny. Artie Decker (Billy Crystal), to mający już swoje lata komentator meczów baseballowych. Właśnie skończył pracę przy ostatnim pojedynku w sezonie i zaraz potem dowiedział się, że został zwolniony. Cóż, branża nie potrzebuje starych pierników bez facebooka i innych mediów społecznościowych. Powrót do domu jest gorzki, ale przynajmniej na miejscu czeka na niego jego kochająca żona – Diane. Są małżeństwem od wielu lat, mają dorosłą córkę i trójkę wnuków. To właśnie oni będą źródłem problemów, jakie pojawią się w ciągu najbliższych dni. Już wyjaśniam. Mąż Alice, córki Deckerów, został nominowany do prestiżowej nagrody za produkt, którego jest wynalazcą. Wyjazd na konferencję, gdzie może otrzymać statuetkę, ma potrwać aż pięć dni. To wspaniała okazja, aby pobyć z żoną sam na sam bez dzieci i bez codziennego urwania głowy. Ale co zrobić z trzema wrzodami? Właściwie dlaczego nie oddać ich pod opiekę dziadków? Ci ze strony Phila, czyli męża nie mogą podjąć się tego wyzwania, pozostają więc drudzy dziadkowie. Okazało się, że nie trzeba było ich prosić dwa razy. Gdy przyjeżdżają do domu córki, zobaczą inny świat. Dom to nafaszerowana elektroniką forteca, dzieciaki jedzą jakieś wymyślne żarcie, składające się z soi oraz „to fuuuu”, wychowywane są w jakiś dziwnie bezstresowy sposób, chodzą do psychoterapeutów itd. Widać więc ogromne różnice pokoleniowe. Dziadkowie chcą przekonać do siebie dzieciaki, rodzicom się to bardzo nie podoba, bo podważają ich metody wychowawcze. Zaczyna się więc standardowy konflikt trzech pokoleń i jest on czasem śmieszny, czasem smutny, a koniec końców doprowadza do załagodzenia wzajemnych sporów i animozji.

Jak napisałem na początku, jest to kino familijne, na długie niedzielne popołudnia, ale nie ma tutaj nic, czego nie było w innych, podobnych obrazach. Myślę, że dzięki Crystalowi oraz Bette Midler łatwiej łyka się tą produkcję. To jednak nie zmienia faktu, że film jest naraz.

PS. Po seansie utwierdzam się w przekonaniu, że dzieci to potwory i posiadanie takowych jest lekkim hardcorem.