ONA:

Nie mam pojęcia jak to się stało, że ten film dopiero dziś ląduje na blogu. Nie dosyć, że oglądam go patologicznie często (czasami na pełnym skupieniu, czasami jedynie jako „tło” do pracy, żebym nie zwariowała w ciszy), to jest to jeden z moich ulubionych filmów, opartych na prawdziwych historiach. Chociaż, jak mówią realni bohaterowie – nie do końca tak było… Ale od początku.

Pierwsza scena w filmie dzieje się w zatłoczonym, studenckim pubie, gdzie Mark, rudawy koleś, rozmawia ze swoją >jeszcze< dziewczyną. Dlaczego >jeszcze<? Bo zanim skończy, to już nie będzie jego panna. Mark jest inteligentny i dziwnie aspołeczny. Wyrzuca z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego, nie bacząc na podstawową poprawność towarzyską. Jest szczery, brutalnie wręcz. Jest totalnie skupiony na sobie, na własnych aspiracjach. Jest zdeterminowany i zaprogramowany na sukces. Tymczasem Erica jest zupełnie „przeciętna”. Nie studiuje na Harvardzie, nie zjadła wszystkich rozumów, ale ma jaja, by powiedzieć mu prosto w twarz, że jest dupkiem. Ja bym dodała chlust piwa na twarz. Kim jest Mark? Ano ten dziwny kolo typu „zgeekczony nerd” póki co jest przeciętnym studentem, ale nie dajcie się temu zwieść. Po kilkunastu minutach filmu okaże się, że jest jednym z najmłodszych milionerów na świecie. Tak, to Mark Zuckerberg.

Z „randki” kończącej jego związek z Ericą wraca do akademika wkurwiony i letko nawalony. Powinien dowalić się do reszty, po czym naturalnym odruchem jest zaśnięcie albo na desce kibla, albo chociaż na dywaniku obok niego, ale to nie w stylu Marka. On w ciągu sekundy odpala laptowa i kolejnego bronka. I zaczyna blogować o swojej ex, nie oszczędzając jej zupełnie. I wtedy wpada na szalony pomysł. Za pomocą kodu i kilku włamów na strony akademików tworzy facemash, na którym można ocenić laski ze swojej uczelni. Średnio moralne, ale przypominam – był wkurwiony i nawalony. Jego pomysł szturmem wziął lokalną sieć, by po 4 godzinach zarejestrować ponad 22 tysiące wejść i zamulić cały system. Mark ląduje na dywaniku rady (na której w twarz kpi władzom) i jest najbardziej znienawidzonym kolesiem na całej uczelni. Paradoksalnie, w ten sposób skupia uwagę pewnej trójki. Bracia Winklevoss (Cameron i Tyler) oraz ich kumpel Divya Narendra właśnie takiego genialnego cwaniaczka poszukują, by ziścić swój plan. Wpadli oni na pomysł stworzenia ekskluzywnego portalu dla studentów Harvardu, do którego można przenieść poniekąd swoje życie towarzyskie (czyt.: wyrywać lachony i ściągać im sim-locki). Zapraszają więc Marka, któremu marzy się takie życie, jakie oni mają i dają mu propozycję współpracy. Ryży, zanim koledzy weszli w szczegóły, z miejsca się zgodził. Ale zamiast rozpoczęcia pracy nad ich projektem, zaczął tworzyć coś swojego, coś niby podobnego, ale jednak innego. Zwodząc błękitnokrwistych bliźniaków i ich funfla, zyskał na czasie i stworzył portal „The Facebook”. Do całego interesu wkręcił swoich najbliższych kumpli, przede wszystkim Eduardo Saverina i razem zaczęli działać. W ciągu pierwszej doby na portalu zarejestrowało się ponad 600 osób, a gdy bliźniaki się o wszystkim dowiedziały, było już za późno – wirus rozprzestrzeniał się w zastraszająco szybkim tempie.

Sceny z przeszłości mieszały się z tymi już po latach, gdzie Mark – geniusz, wizjoner i co najważniejsze – miliarder, bierze udział w dwóch rozprawach, obu przeciwko niemu, obu skierowanych na gigantyczną kasę. W jednej walczy z zestawem Winklevossowie + Narendra – wiadomo. W drugiej z Saverinem. Jak to jest, że dwóch najlepszych kumpli zaczyna toczyć ze sobą walkę? Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o kasę. Szczególnie, gdy są osoby, które zaczynają się mieszać w temat.

David Fincher nie kręci filmów złych, szablonowych i nudnych, i jak niewielu twórców, on potrafi pokazać człowieka z jego wszystkimi przywarami. W jednej chwili kogoś podziwiamy, by w kolejnej zacząć zastanawiać się, czy faktycznie tak jest. Potrafi on pokazać pokręcone psychiki, emocje i ciągle trzymać nas w szachu. W przypadku „The social network” mistrzowsko lawiruje dwoma, nawet trzema torami. Mamy przeszłość wymieszaną z rozprawami, które różnią się jedynie osobami i wystrojem sal konferencyjnych, bo w obu chodzi o rację i grubą kasiurę. W genialny sposób pokazuje zawiłość bohaterów i żaden z nich nie jest ani totalnie pozytywny, ani negatywny. Co ciekawe, film ten nie jest 100% biografią, to swobodna wizja twórców, którzy w oparciu o kilka faktów, postaci, stworzyli genialny film. Nie wiemy co się działo za ścianami akademików, domów, a potem sądów. Ta produkcja nam nieco to uzmysławia.

Poza świetnym scenariuszem Aarona Sorkina (za co swoją drogą dostał Oscara), który oparty jest na książce „Miliarderzy z przypadku” Mezricha, mamy tu również rewelacyjny poziom aktorski Jesse’go Eisenberga, Andrew Gardielda i nawet Justina Timberlake’a. No i muzyka – również nagrodzona przez Akademię Filmową, jest przegenialna. Finałowa scena opatrzona utworem „Rich man” The Beatles to istna wisienka na torcie.

Moim zdaniem ten film obejrzany w odpowiednim czasie może niesamowicie pobudzić do działania, nie tylko, gdy jest się osobą pretendującą bądź z branży Zuckerberga.

Ps. Nie mogę doczekać się filmu o Jobsie!

ON:

Codziennie rano zaraz po odpaleniu kompa, ta strona pojawia się jako jedna z pierwszych u wielu osób na całym świecie. Na ekranie obserwujemy to, co w danej chwili piszą znajomi, czytamy o ich sukcesach i porażkach, o miłościach i słabościach. Dowiadujemy się co pojawi się w kinie, wytykamy błędy w komunikacji sieci komórkowej, której jesteśmy klientem, umawiamy się na imprezy. Mowa oczywiście od Facebooku, chyba najbardziej znanym na świecie portalu społecznościowym.

Twór ten urodził się w dość niejasnych okolicznościach, a jego ojciec, niejaki Mark Zuckerberg uznawany jest za jednego ze współczesnych wizjonerów, ale i kombinatorów, którzy doszli do wielkiej kasy wożąc się na plecach innych ludzi. Nie można zarzucić, że na pewno jest dobry w tym co robi, a pomysł na biznes, nawet jeśli „pożyczony”, doprowadził go na szczyt w sposób perfekcyjny. Mając taką kadrę oraz zasoby finansowe nie dziwie się, że cały czas następują zmiany, że pojawiają się nowe możliwości, nowy wygląd, że firma weszła na giełdę, a Mark w dość szybkim czasie puścił dość dużą ilość swoich akcji. Dzięki takiemu posunięciu z dnia na dzień stał się jeszcze bogatszy. W chwili obecnej nie znam osób (no poza moją siostrą, ale ona jest „owcą”), które nie posiadają konta na tym portalu, firmy inwestują grubą kasę w „secjalmedianindżów”, a ci w dzień i w nocy starają się, aby niezadowolony klient, był tym zadowolonym. No dobra – nie wszystkie firmy, bo z taki Empik.com ma ze mną na pieńku od wielu miesięcy, a ich obsługa klienta na FB nie istnieje, ale cóż poradzić, każdy się uczy, oni też. Szkoda, że na mnie. Ludzie są zwierzętami stadnymi, faceci polują na rącze łanie, a łanie szukają tych swoich jedynych. Uwielbiamy się socjalizować (oczywiście zdarzają się jednostki aspołeczne), weekendy ze znajomymi, wieczory z bliskimi. Tu piweczko, tam koniaczek, tutaj seksik, a tam mały flirt. Czasami po prostu przyjaźń. Dawniej wszystko zaczynało się w realu (nie mylić ze sklepem), teraz wystarczy zaczepka na „fejsie”. Znajdę cię na facebooku, dodam cię, pogadamy przez messengera. Czasy się zmieniły, globalna wioska to prawda, której nie da się zakopać w żadnym grobie. Wyjątkowość nie istnieje lub kosztuje ogromną kasę. Jeśli nie chcesz być jednym z wielu, jesteś hipsterem (z taszką za 5setek z lumpeksu i holenderskim rowerem) lub miliarderem i stać na limitki. Pod koniec lat 90tych nawet nie marzyłem o soundtracku z „Cowboya Bebopa” sprowadzanym z Japonii, teraz to kwestia kilku minut w sieci, aby przesłuchać sample, dodać do koszyka, zapłacić i oczekiwać kuriera z paczką.

Dlaczego to wszystko napisałem? Bo science-fiction stało się prawdą. To, o czym czytałem kilkanaście lat temu w książkach Gibsona, Sterlinga, czy Stephensona, sprawdziło się. Mamy internet, mamy Facebooka oraz inne narzędzia i aplikacje, które ułatwiają lub utrudniają nam życie. Wszystko zależy od tego, jak ich użyjemy. A co to ma wspólnego z początkiem wpisu? Oglądaliśmy wczoraj „The Social Network”, to chyba jedyny, poza „Skandalistą Larrym Flyntem”, film biograficzny, który potrafił mnie przyciągnąć i zafascynować. Wszystko spowodowane jest klimatem, jaki powstał dzięki fantastycznemu montażowi oraz muzyce (ogromne brawa dla Reznora i Atticus Ross). Oczywiście, nie obyło się bez machnięcia ręką mistrza, czyli Davida Finchera. Jeśli ktoś nie miał okazji oglądać tego dzieła, to zdradzę, iż to historia o narodzinach Facebooka, ale opowiedziana jest w taki sposób, że wydaje się, iż mamy do czynienia z niezłym kinem sensacyjnym. Wydaje mi się, że scenarzysta trochę gloryfikuje postać Zuckerberga (fantastyczna rola Jessie Eisenberga), robiąc z niego chodzącą maszynę analityczną, wyzutą z uczuć  chłodnię, zbudowaną z zer i jedynek. Faceta, który potrafi przemyśleć każdy ruch przeciwnika. Jednak wszystko ma swoją cenę, jego jest specyficzna samotność, bo pomimo tłumów zgromadzonych wokoło, w najgorszych chwilach bywał sam. Jak naprawdę wyglądały początki „fejsa”, ile kodu było Marka, a ile „pożyczonego”, czy tak wiele konfliktów pojawiło się przez wszystkie miesiące prac? Na te pytania odpowiedź znają tylko osoby zaangażowane w całą sprawę. Bez takich ludzi, bez kombinowania i wykradania pomysłów, nasz świat nie szedłby do przodu. „The Social Network” to film o tym jak powstają legendy. Naprawdę warto.