ONA:

Filmy o depresji, o obłędach i paranojach chyba przerażają mnie najbardziej. Nigdy nie wiesz kiedy popieprzy Ci się pod kopułą i wbijesz nóż w pierś dowolnie wybranej osoby… Dawid, strzeż się. Według badań kobiety, szczególnie te, które mają dużo na głowie, są bardzo niestabilne.

Zacznijmy od faktów. Tytułowe „panaceum” to domniemany lek na wszystko, przeciwko wszelkim chorobom, którego poszukiwali alchemicy i który często spotykany był w mitach i legendach. I o tym mniej więcej jest ostatni film Stevena Soderbergha, który stawał za kamerą przy takich hitach jak potrójna dawka przygód Danny’ego Oceana i jego kumpli, „Eric Brockovich”, czy całkiem niedawno przy „Magic Mike”. Widać reżyser polubił Channinga Tatum’a, ponieważ obsadził go również w tej produkcji. O czym jest ten film? Ano ponoć o depresji. Emily Taylor (Rooney Mara) jest przeciętną kobietą, bardzo delikatną i wrażliwą. Poznajemy ją w chwili, gdy akurat z więzienia wychodzi jej mąż – Martin (Tatum). Koleś nie trafia tam za jakieś morderstwo, czy coś w tym stylu, tylko za jakieś tam finansowe coś. Kobieta nie radzi sobie z tą całą sytuacją, dlatego korzysta z usług odpowiednich lekarzy. Można podejrzewać, że jednak gdy ślubny będzie znowu wolnym człowiekiem, to coś się zmieni, a tu guzik. Emily dalej męczy się sama ze sobą. Jest odrętwiała, nie ma na nic ochoty i nic nie sprawia jej radości. Książkowa depresja i to taka, która ciągnie „w stronę światła”. Po pierwszej próbie targnięcia się na własne życie, kobieta ląduje w szpitalu, wprost w ramiona czubkologa, dr Jonathana Banksa (Jude Law). Ten postanawia zająć się psychiką kobiety. Jak to robi? Standardowo: terapia i prochy. A właśnie teraz na rynku pojawiło się nowe lekarstwo, istne panaceum… I do tej pory film był mega nudny, pierdołowaty i tylko i wyłącznie spoiler, przeczytany gdzieś w sieci sprawił, że tkwiłam ze znudzonym wzrokiem wlepionym w ekran mojego makbuczka. Co się dzieje? Otóż Emily pod wpływem swoich leków staje się dziwna. Ta dziwność polega na wpadaniu w głęboki sen i odcinaniu się od rzeczywistości. Potrafi zapomnieć, że ma wysiąść na danym przystanku, nie wspominając już o tym, że łapie zwiechy w środku dnia.  A, zapomniałabym. W jednej z takich „faz” wpycha ze 3 razy w swojego męża ostrze noża, zabijając go z klasą godną przeciętnego świra. Kobieta ląduje z więzieniu, a detektywi biorą się za dupę od doktorka. Czyżby ktoś popełnił błąd w sztuce? A może chodzi o coś zupełnie innego? Jedno jest pewne – ktoś musi za to beknąć. I w tym momencie, a mamy jakieś 30 minut filmu już za sobą, zaczyna się niezła akcja. Całość przypomina pojedynek dwóch graczy, którzy mają ogromną chrapkę na zwycięstwo i którzy walczą o swoją przyszłość.

Warto przemęczyć się przez pierwsze pół godziny. Potem czeka na nas niezwykle fajna, psychologiczna rozgrywka, w której do końca nie wiadomo kto jest tym dobrym, a kto złym. Szczególnie, gdy pojawia się jeszcze kilku bohaterów pobocznych. Twórcy wodzą nas za nos i gdy już nam się wydaje, że mamy rozwiązaną całą zagadkę, dostajemy z liścia w pysk, na opamiętanie. W „Panaceum” rozprawiono się ze wszystkimi grzechami głównymi współczesnego człowieka, z jego frustracją, pędem za kasą, z jego patologicznymi kłamstwami, które mają na celu ochronienie wyłącznie własnego tyłka. Całość jest misternie utkaną konspiracją, o zabarwieniu paranoidalnym, bo ja już w pewnym momencie byłam tak zbita z tropu, że nie wiedziałam kto, co i jak, ani kto jest ofiarą, a kto oprawcą. Poza fabułą, która boleśnie obnaża biznes farmaceutyczny, a także jałowość jednostki ludzkiej, film należy pochwalić za bardzo udaną grę aktorską i za klimat, który przepełniony jest złowieszczą ciszą i wątpliwym spokojem.

Efekty uboczne w przypadku tego panaceum są świetne – no przynajmniej jeśli chodzi o jakość tego filmu.

ON:

Dawno nie widziałem żadnego thrillera o lekarzach i pacjentach, o przekrętach w służbie zdrowia i tym podobnych rzeczach. Cholera, wróć! Przecież w naszym kraju to normalkna, ZUS, NFZ i inne takie ciągną od nas kasę, a później pozwalają umrzeć ci na progu kliniki. Niejeden autor powieści sensacyjnej miałby niezłą pożywkę dla swojej wyobraźni widząc, co nasz rząd wyczynia z ludźmi. Ech, zrobiłem się za bardzo polityczny. Wczoraj oderwałem się od naszych rodzimych problemów i zagłębiłem w historię jednego pana psychiatry, którego pacjentka nie poradziła sobie z własnymi problemami. Wszystko zaczyna się od plam krwi na podłodze…

…lecz cała historia miała początek trzy miesiące wcześniej gdy młoda, ładna dziewczyna – Emily Taylor, wjeżdża swoim rozpędzonym samochodem prosto w ścianę podziemnego parkingu. Kończy się tylko na lekkim potłuczeniu, ale lekarzowi, który był w tamtej chwili na dyżurze, cała sprawa mocno śmierdzi. Jonathan Banks, bo tak zowie się doktor, postanawia poddać dziewczynę obserwacji. Informuje męża oraz matkę, że Emily ma się zjawić w jego gabinecie za kilka dni. Jak zapowiedziała, tak też się stało. Trochę rozmów, żali, depresja i w kieszeni pacjentki lądują pierwsze recepty na leki. Jedne tabletki powodują u niej skutki uboczne, które doprowadzają do tragedii. Pod wpływem środków farmakologicznych Emily zabija swojego męża. Cała sprawa zaczyna nabierać rozgłosu, kiedy morderczyni zrzuca całą winę na swojego lekarza. Błąd w sztuce, a może wprowadzone do obiegu nie przetestowane leki? Niezależne co było powodem mordu, ważne jest to, że dziewczyna nie ma zamiaru iść do kicia za czyn, którego nie pamięta. W tym czasie zaczyna się nagonka na Dr Banksa. Opuszczają go pacjenci, zaprzyjaźnieni lekarze, a w pewnym momencie nawet żona. Facet zostaje na lodzie, tylko dlatego, że podobno przepisał pacjentce nieodpowiednie pilsy. Nie ukrywam, że Jonatan wyglądał na mężczyznę, który podda się bez walki, ale jest wręcz przeciwnie, zaczyna on swoje własne, prywatne śledztwo i nie zamierza oddać swojego dotychczasowego życia.

Film rozkręca się bardzo powoli, prawdziwa akcja zaczyna się około 40 minuty, a później snuje się własnym nieprędkim tempem. Całość jest lekko senna, jakby rozmyta. Wydaje się, że tabletkowe otumanienie przechodzi także na nas, bo robimy się w pewnym momencie osowiali, ale gdy przebrniemy przez ten narkotyczny początek, wyrywamy się ze szponów uśpienia i z Jonatanem będziemy starali się dowieść prawdy. Intryga poprowadzona jest w taki sposób, że przed długą część obrazu nie zdajemy sobie sprawy, co tak naprawdę się dzieje. Ja sam miałem dwie wersje na to, jak zakończy się cała historia i przyznaje się bez bicia, że oba moje pomysły minęły się z prawdą. „Panaceum”, a w oryginale „Side Effect” pojawił się trochę z nikąd i stał się dla mnie lekkim zaskoczeniem. Pomimo pewnych niedoróbek i maleńkich bąków, to całkiem dobre kino, polecam.