ONA:

Jestem za tym żeby wprowadzić kilka nowych gatunków filmowych, bo jak jeszcze raz dopadnę coś, co nazywa się „komedią”, tylko po to, by męczyć się na pseudo-dramatycznym filmie, który bardzo chciałby być i zabawny, i moralizujący, i o życiu, to wyjdę z siebie i stanę obok. Poważnie, po raz kolejny miałam ochotę odgryźć sobie głowę.

Generalnie – nie miałam zamiaru oglądać tego filmu. Co prawda koleżanki zachwalały walory estetyczne, ale zwykle wszystkie zalety tego dzieła zaczynały się i kończyły na gołych, umięśnionych klatach i wijących się męskich biodrach. I wtem mój „ulubiony” filmowy portal zamieścił newsa „19 najlepszych filmów 2012 roku”, a wśród nich:

– „Musimy porozmawiać o Kevinie” – film, który zabił ostatnią moją komórkę, w której znajdował się gen odpowiedzialny za ochotę na macierzyństwo (Dawid, musimy obejrzeć ten film jeszcze raz, odczuwam potrzebę potrollowania),

„Skyfall” – czyli Bond na którym się popłakałam,

„Nietykalni” – kapitalne kino, mimo, że francuskie,

– „Magic Mike” – czyli podmiot naszej dzisiejszej recenzji,

– „Dom w głębi lasu” – o którym napiszemy niebawem.

Do wybranej dziewiętnastki nie załapały się m.in. „Prometeusz” czy „Mroczny Rycerz powstaje”, czego za bardzo nie rozumiem. Ale jeszcze bardziej nie rozumiem tego, że w tym dodatkowym zestawieniu pojawił się „Cosmopolis”, po obejrzeniu którego już nic nie jest takie samo…

I tak się zastanawiałam… może zbyt surowo podeszłam do filmu o męskim striptizie. Może w nim jest ukryta jakaś głębia, coś, co mnie poruszy, zmieni sposób patrzenia na życie, na marzenia, na ludzi. Cokolwiek. Skoro został tak doceniony… „Kino inteligentne, zabawne, ale i przerażające trafnością diagnozy społecznej” – kochanie, oglądamy! Nie mam w sobie za grosz instynktu samozachowawczego. Jestem typem, który w klasycznym, amerykańskim slasherze wychodzi sprawdzić, co się dzieje poza bezpieczną przystanią, bo słyszy wrzaski, widzi lejącą się krew, ale jest ciekawy, bo to może nie jest popieprzony morderca, tylko karuzela. I potem ląduje albo bez głowy, albo z durnym filmem w napędzie.

„Magic Mike” to historia kolesia, który poza boskim ciałem, chęcią do pracy ma również głowę pełną pomysłów i smykałkę do interesów. Mike’a (Channing Tatum) poznajemy gdy budzi się w towarzystwie dwóch niezłych lasek i zapewne nie grali całą noc w bierki. Tu Dawid się nieco rozochocił, wyprostował i oglądał dalej. Kolejne sceny są dołożone na zasadzie zapchaj dziury: Mike pracuje na budowie, tam poznaje nieporadnego Adama (Alex Pettyfer) i wciąga młodego w swój tajemniczy świat. Adam wpatrzony jest w swojego starszego kolegę jak w  obrazek. Imponuje mu jego wygadanie, sposób, w jaki podbija do lachonów. A Mike w końcu mówi mu czym zajmuje się wieczorami. Odziany w maleńkie stringusie (w zakładaniu stringów, nieważne czy damskich, czy męskich, najważniejsze jest to, by nie ubrać ich tyłem na przód – bo wtedy uwalniany jest motyl) giba się na scenie, w rytm tandetnej muzyki, którą i tak zagłuszają piski kobiet. Całą budą rządzi Dallas (Matthew McConaughey), a w skład ekipy tańczącej wchodzi wielu facetów, przy czym uroda kilku nieco odbiega od (moich) norm. Ale jak widać – klata i biodra wystarczą, by wypchać stringi jednodolarówkami… Mike wprowadza młodego w świat szybkiej kasy i szybkich lasek, co niestety dosyć szybko ściąga Adama na złą drogę. Ale po drodze zdążył zapoznać swojego nowego kumpla ze starszą siostrą. Tadam – oto kwintesencja całej historii. Mike będzie chciał dla niej rzucić wszystko, w tym swoją pracę. Na końcu oczywiście słodki happy end.

Nie wiem czemu twórcy filmu zabrali się w ogóle za tą historię. Że niby od zera do bohatera? Albo inny slogan o amerykańskim śnie i o tym, że żadna praca nie hańbi? A może to miało być o przyjaźni? Albo o miłości? Albo o lojalności? Historia jest tak błaha, jak bajka o Kopciuszku. Jeśli zaś chodzi o aktorów, męskich naturalnie, bo jedyna „g(ł)ównawa” kobieca rola, jest tak bezbarwna, że aż widać przez nią wszystkie bebeszki, nie znam dorobku tych panów za bardzo. Przepraszam, ale nie widziałam ani pierwszej, ani drugiej, ani tym bardziej trzeciej części „Step up”, a o istnieniu czwartej właśnie się dowiedziałam. Pana McConaughey (za każdym razem muszę literować to nazwisko, żeby nie zrobić błędu) kojarzę przede wszystkim z „Jaj w tropikach” i tam był świetny. W „Magic Mike” idea bohatera była nieco podobna, ale wyszła mu gorzej. Dużo gorzej. W ogóle jego role z każdym kolejnym filmem są równie męczące, jak jego nazwisko…

Nie, dziękuję.

Na tym kończę, Dave właśnie robi mi tu magicznego majka…

ON:

O „Magicznym Majku” usłyszałem od Pauliny, ta zaś dowiedziała się o filmie od koleżanek. W chwili gdy pojawił się na liście 19-tu najciekawszych filmów 2012 roku pomyślałem, że może jest coś na rzeczy. Oczywiście, znów wyszło na jaw, że ja mam jakieś spaczone poczucie humoru, bo to podobno komedia i dramat w jednym. Dla mnie komedia to jednak filmy klasy „Kac vegas”, starych „W krzywym zwierciadle”, nawet „Ghostbusters” jest swego rodzaju komedią. Tutaj niestety chyba najzabawniejsze jest to, jak w pierwszych minutach filmu reżyser przemycił na pierwszy plan męskiego penisa. Na tym kończy się komediowość filmu.

Tak naprawdę to przydługawy i nudnawy film o facetach, którzy tańczą za kasę dla kobiet od lat nastu do stu. W wolnych chwilach odsypiają nocną pracę, golą nogi i tyłki (bo muszą tańczyć w stringach) i marzą o tym, aby w pewnym momencie wyrwać się wraz z klubem do bardziej atrakcyjnej finansowo Kalifornii. Podobno inspiracją do nakręcenia filmu były perypetie niejakiego Channinga Tatuma, gwiazdy tych wszystkich „step upów”, który machał w latach młodzieńczych tym i owym przed twarzami wielu kobiet. Tyle, że nie jest to żadna biografia, a raczej luźno nawiązująca do tego pana historyjka.

Na początku filmu poznajemy Mike’a, faceta pałającego się wieloma zawodami. Od stolarki budowlanej i meblowej, przez marketing, aż do tańca erotycznego. Zbiera kasę na swój własny biznes. Ponieważ jest dobry w tym co robi, idzie mu całkiem nieźle, lecz w dobie kryzysu banki nie chcą dać kredytu, co za tym idzie – Mike nadal zostaje przy obecnych zajęciach. Podczas jednego dnia na budowie spotyka „młodego” – Adama. To zbuntowany 19-tnastolatek nie mogący znaleźć sobie zatrudnienia, walczący z systemem i mieszkający na waleta u swojej siostry. Pech chce, że mężczyźni wpadają na siebie także drugi raz, podczas nocnego „zwiedzania” klubów. Tyle, że Mike jest w pracy, a Adam jeszcze o tym nie wie. Wykorzystując swoje koneksje załatwia „młodemu” posadę w klubie, w którym tańczy. Oczywiście, jak już się domyślacie, gdy jeden z tancerzy zaniemoże, to uratowanie show będzie zależało od żółtodzioba. Chłopak się wkręci w takie życie, a później w jego negatywne aspekty, czyli alkohol, dragi i szybkie dupy, na koniec zaś w dilerkę, co już nie jest takie fajne. Całość jest szyta grubymi nićmi. Po prostu za długi i za bardzo miałki film. Gdyby z niego wyciągnąć to, czym go reklamują, czyli ze 20 min tańczących kolesi, to będzie kolejna przeciętna historyjka, bez której możemy żyć.

Film nie wniósł nic do mojego życia, po prostu oglądnąłem go i już praktycznie o nim zapomniałem. Szkoda na ten wynalazek czasu.