ONA:

Beznadziejny film, jakim był „Knock, Knock” przypomniał mi o istnieniu takiego aktora, jak Keanu Reeves. Och, to był jeden z moich największych crushy. Jest w nim coś takiego, co sprawia, że zmieniam konsystencję na zdecydowanie bardziej ciekłą. No więc nadrabiam filmy z jego udziałem. Oglądam na zmianę kolejne części „Matrixa” i co mi tam jeszcze wpadło w ręce.

Więc wybrałam. Och, Keanu, dlaczego Ty mi to robisz?

Obejrzałam „Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia” i szczerze – jest mi przykro. Podejrzewam, że to uczucie przemawia przeze mnie najbardziej, chociaż… Chyba już wiem, jak czuje się koleś, któremu wydaje się, że poderwał zajebistą duperę w klubie, a rano budzi się od jakieś oślizgłej meduzy.

Dr Helen Benson (Jennifer Connelly) zostaje „wyrwana” ze swojej poukładanej codzienności. Razem z innymi naukowcami transportowana jest do odosobnionego miejsca, w którym dowie się rzeczy, o których wie jedynie garstka osób.

W kierunku Ziemi leci „coś”. Nikt nie wie co to. Uderzenie: kwestia minut. Za późno na ewakuację. Odliczający czas zegar wskazał zero. Na nieboskłonie pojawił się dziwny obiekt, który z impetem uderzył w powierzchnię naszej planety. Z dziwnego obiektu wychodzi ktoś. Ktoś? A może coś? Humanoid?

Ze statku wychodzi dziwna kreatura. Gdy zabierają się za nią naukowcy, odkrywają, że jest ona bardzo… ludzka. Klaatu wchodzi w dziwną relację z naszą panią i przyznam się szczerze – liczyłam na coś więcej. Okazuje się, że Klaatu przybył na Ziemię w dość osobliwym celu. Chce nas uratować. Jesteśmy bardzo ekspansywny gatunkiem, który za bardzo niszczy planetę, która nas żywi. Obcy przybysz chce ten proces zahamować. Jak? No… Nazwijmy to „skutecznie”.

Oj. Oj! Tak bardzo liczyłam na ten film. Tak wielką miałam nadzieję na to, że nie będzie zły. Niestety, był tragiczny. Jedynym plusem jest Connelly, za którą przepadam. Wszystko inne męczy pierońsko. Ten film ma beznadziejną fabułę. Jest dziurawa, płytka i absolutnie nie wciąga. Jeśli liczycie, że będzie to coś bardzo spektakularnego, to porzućcie nadzieję. Jest tragicznie. Film typu „studenci filmówki nie mają budżetu, a chcą coś nagrać w stylu sci-fi”. Ambicja była, podejrzewam, że to miało być coś metaforycznego i bardzo głębokiego, ale nie wyszło. Ten film razi wizualnie, jest po prostu beznadziejny. Nienawidzę takich zawodów, gdy wyobrażam sobie cholera wie co, a dostaję niezjadliwą papkę. To mogłoby być dobre kino, tylko… No nie wyszło. Zabrakło kasy, bo zatrudnienie popularnych wówczas aktorów wyssało za dużo monet? A może zabrakło wyobraźni?

ON:

Wśród bardzo słabych filmów sci-fi znajduje się dzieło Scotta Derricksona, który zabrał się za remake filmu z 1951 roku pod tytułem „Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia”. Klasyczny już obraz miał na nowo pojawić się w kinach i przypomnieć kinomaniakom, że dawno temu też pojawiały się produkcje sci-fi. Patrząc z perspektywy czasu nie wiem, który z filmów jest lepszy. Czy ten z 2008, czy może klasyk z 1951 roku?

Keanu Reeves, wcielający się w postać Klaatu, jest nijaki, nie przekonuje swoją osoba, ani grą aktorską, zaś Jenniefer Connelly jest po prostu ładną, ale niezbyt mądrą panią doktor. Wydaje mi się, że wszystko jest tak słabe z powodu scenariusza, który jest po prostu beznadziejnie nudny. Niby stara się on przekazać ważne rzeczy, które mają poruszyć oglądających, ale gdy zagłębiamy się w tą opowieść, zdajemy sobie sprawę z tego, że wszystko już było i to opowiedziane milion razy lepiej. Nie mówię już o książkach takich, jak np. „Równi bogom” Asimova. Mam na myśli filmy, które pojawiały się w ostatnich latach w kinach.

Opowieść ciągnie się jak flaki z olejem. Klaatu okazuje się być dobrym obcym, który chce nas uratować przed zagładą całej ludzkości, a my, jak to ludzie, chyba tego nie chcemy. W całym pierdolniku na ekranie pojawia się jeszcze ogromny robot, jest dramatycznie, jak podczas lepienia pierogów, a emocji tyle, co podczas zbierania grzybów. Siedzimy więc przed ekranem, zastanawiamy się, czy może jeszcze coś się wydarzy, a potem nadchodzą napisy końcowe. Dup! Koniec!

Ewidentnie komuś brakło pomysłu. Oryginalny scenariusz został dopasowany do współczesnych czasów, ale to chyba za mało, aby zachwycić. Szczególnie, że wszystkie elementy tego dzieła są po prostu zwyczajne do bólu. Aktorzy nie przekonują, efekty nie zachwycają, muzyka nie pozostaje w naszej pamięci. Trochę szkoda, że tak zmarnowano całkiem niezły skrypt, co za tym idzie – lepiej nie oglądać tego gniota.