ONA:

Wydawać by się mogło, że ze wszystkich znanych uzależnień, niepohamowanie seksualne jest tym najprzyjemniejszym. Cóż, pewnie bywa. Natomiast jeśli chodzi o filmy, z daną „skłonnością” jako temat przewodni, wszystkie są tworzone na jedno kopyto, według tego samego schematu. W przypadku „Wstydu” – było właśnie tak, chociaż film wyszedł twórcom całkiem nieźle.

Początek jest euforyczny. Poznajemy Brandona Sullivana (Michael Fassbender). Całkiem przystojny z niego facet, do tego brunet, zadbany, elegancki, z niezłym mieszkaniem i jeszcze lepszym sprzętem (tak, widać). Ma w sobie to „coś”, co sprawia, że kobietom płoną policzki i cholera wie co jeszcze. Wystarczy, że spojrzy w oczy, zawadiacko podniesie kącik ust i ona już wie, że nie ma szans. Koleś jest niczym perfekcyjny łowca, któremu nic nie jest w stanie przeszkodzić w polowaniu. Brzmi idealnie, prawda? Otóż – nie jest. I tu właśnie pojawia się typowy dla filmów o uzależnieniach schemat. Najpierw pokazana jest ta część, przy której zaczynamy zazdrościć – jest radość, są same pozytywne emocje, a my sobie po cichu mówimy „Ejjj, uzależnienie od . . . wcale nie jest takie złe!”. Seksu jest dużo i to takiego totalnie bez zobowiązań. I wtedy pojawia się tendencja spadkowa. Bohater pokazuje nam drugą, o wiele gorszą stronę swojego nałogu, zaczynając od wypełnienia komputerów i całego domu pornosami, przez problemy z małym, gdy pojawia się ktoś wartościowy, a potem nagle „grzebie w popielniku” byle poznanej przy barze maniurze, dostaje w pysk od jej faceta i kończy – dosłownie – w gej barze. Jego emocjonalne upośledzenie widać w praktycznie każdej scenie. Jeśli człowiek żyje według pewnych potrzeb, związanych i z fizjologicznym, i z psychicznym odczuwaniem, to Brandon żyje tylko dla erotycznego spełnienia – jakiekolwiek by ono nie było, mocno zaniedbując pozostałe emocje. Ot na przykład jego relacje z siostrą. Są dziwne. Jakby mógł – wywaliłby ją ze swojego życia. Ona szuka w nim pociechy, w końcu jest jej bratem, a on widzi w niej jedynie problemy. Bo Sisi (Carey Mulligan) to niestety jest problemowa dziewczyna…

„Wstyd” to przykład szalenie minimalistycznego kina, w którym mamy bardzo niewiele dialogów, bohaterów, ale wszystko okraszone jest przepięknymi zdjęciami, które podane są w taki sposób, by przykuć naszą uwagę. Rewelacyjnie się to ogląda. Te zbliżenia, detale, ta zabawa kolorami i światłem – wszystko buduje atmosferę anonimowości jednostki w mieście, która z jednej strony jest zbawienna, bo daje komfort, ale z drugiej – niszczy. Idźmy dalej – muzyka. Idealnie dopasowana, bywa i dzika, i melancholijna. Jest świetnym komponentem tej historii, która wcale do wesołych nie należy. Niezwykle spodobało mi się również to, że film nie moralizuje w żadnym jego fragmencie. On pokazuje dwa obrazy: jeden jasny, radosny, przepełniony ekstazą, a drugi smutny, poharatany, z ogromem wyrzutów, ze złością i bezradnością. Pierwsza i ostatnia scena zamyka całość jedną klamrą. Wydawać by się mogło, że są one analogiczne, wręcz identyczne. Ale tak nie jest…

Fassbender genialnie wszedł w tę rolę. Jako seksoholika kupuję go bez mrugnięcia okiem. Jest i silny, i kruchy. Potrafi i uwieść, i obudzić w nas potrzebę głaskania go po głowie i powtarzania „Wszystko będzie dobrze”. Mulligan to taki trochę Gosling, tylko z biustem: jedna mina nie tylko w filmie, ale i w całym życiorysie zawodowym. „Wstyd” nie jest dziełem dynamicznym i szybkim. To płynne, ale delikatnie „nudzące” kino, w którym przede wszystkim trzeba skupić się na tym, czego nie widać od razu. Do oglądania w ciszy.

ON:

Jak bardzo nienawidzimy siebie za to, jacy jesteśmy?

Gdy skończyłem oglądać „Wstyd” McQueena pomyślałem sobie, że reżyser stworzył mniej brutalną wersję American Psycho. Brandon Sullivan – główny bohater, nie jest takim psychopatą jak Patrick Bateman, ale podobnie jak on ucieka w dziką, cielesną rozpustę. Dla obu mężczyzn ukojeniem jest ostry sex, oddanie się całkowitemu uniesieniu. Najlepiej jeśli odbędzie się to z obcą osobą – dziwką lub przypadkową partnerką. Pewne poczucie wolności, jakie daje taki seks sprawia, że mężczyźni czują się panami swojego życia. Brandon mógłby być łagodniejszym alter ego Patricka. Gdy amerykański psychopata w chwilach słabości posuwa się do mordu, Sullivan po prostu daje upust emocjom w sposób nieingerujący w zdrowie innych osób. Jest autodestrukcyjny przez co niebezpieczny dla siebie, a nie otaczających go postaci, przynajmniej tak się wydaje na początku. „Wstyd” jest o studium samotności współczesnego człowieka, mówi, że nawet najbliższe nam osoby potrafią być dla nas obce. Dobrze widać to po relacjach pomiędzy Brandonem a jego siostrą Sissy. Czasami jego zachowanie wydaje się zimne i wyrachowane. W chwili, gdy jego szef David zaciąga Siss do łóżka, bohater nie potrafi zareagować. Rzuca się jak ryba bez wody, by wreszcie wyjść z mieszkania i poddać się bez walki. W późniejszej rozmowie z dziewczyną zrzuca na nią odpowiedzialność za taki obrót spraw. Ona ma być tą, która stawia go w niezręcznej sytuacji. Brak umiejętności asymilacji społecznej robi z niego outsidera. Stara się on dopasować do grupy i wraz z kumplami z pracy wyskoczyć na piwo, aby uczcić nowy udany interes, ale wszystko wydaje się sztuczne. Samotne snucie się po zalanych nocą ulicach Nowego Jorku jest także tego dobrym dowodem. Smutek i niedopasowanie widać też dobrze w wyposażeniu mieszkania bohatera. Tutaj, tak samo jak w American Psycho, ważnym elementem czterech kątów jest sprzęt grający. To, co dla Patricka było nieodłącznym elementem mordów (czyli muzyka), dla Brandona jest swoistym lekiem na życie. Pozwala mu zapomnieć, wyciszyć się.

McQueen starał się ukazać współczesnego człowieka miejskiego, pracownika korporacji, lekko znudzonego i zblazowanego, ale także mężczyznę owładniętego obsesją seksu. Laptop Brandona pełen jest linków do stron porno, a w jego mieszkaniu znajdują się ogromne ilości porno magazynów. On już nie myśli o związku, rodzinie czy nawet partnerce, z którą mógłby żyć. Sam przyznaje się, że starał się zrobić coś takiego, ale trwało to zaledwie cztery miesiące. Jego strach przed odpowiedzialnością, stabilizacją doprowadza do tego, że gdy dochodzi do pierwszego kontaktu seksualnego z potencjalną partnerką, jego członek odmawia współpracy. Gdzieś w jego głowie następuje blokada, która nie pozwala mu czerpać przyjemności z takiego aktu seksualnego. Wystarczy jednak chwila przerwy i wizyta prostytutki, aby znów był pełen wigoru. To smutne.

„Wstyd” jest specyficznym kinem. Bardzo malowniczym i plastycznym, dość dosadnym, ale nie wywarł na mnie ogromnego wrażenia. Podoba mi się jego spokój, pewien schemat, który widać w powtarzalnych czynnościach Brandona. Budowanie klimatu wyszło reżyserowi w sposób genialny, lecz czy to wystarczy, aby przyciągnąć nas do kina na 100 min? Nie ukrywam, że to film skierowany do wąskiej grupy widzów.