ONA:

Tydzień z filmami, w których motyw przewodni kręci się wokół obsesji, paranoi tudzież psychozy. Perfekcyjnie. Ja, ukochany i kolejny czubek, który z mega gracją i pasją pitwa swoje ofiary. Mniam.

Wyobraź sobie, że jesteś KIMŚ. Jesteś młody. Masz nienaganne wykształcenie po Harvardzie, masz piękne mieszkanie i świetną pracę, która głównie polega na bywaniu i dyktowaniu poleceń swojej asystentce, masz urodę i ciało boga z Olimpu. Jak masz ochotę na seks, to pstryk i na wyciągniecie ręki wiją się wokół ciebie kobiety. Niektóre robią to wolontaryjnie, innym trzeba zapłacić, ale co tam – stać cię i na to. Masz wszystko. Jedyne twoje problemy krążą wokół tego, czy czasem nie jest gdzieś obok ciebie ktoś, kto ma lepsze mieszkanie, fryzurę, ładniejszą narzeczoną, czy bardziej pro wizytówkę. Z człowieczeństwa nie pozostaje wiele, jeno sama powłoka, sama skorupa totalnie wyprana z emocji. Bo co może cię kręcić, podniecać, o czym możesz marzyć, skoro sam jesteś marzeniem i namacalną formą tego, że coś może się człowiekowi udać. Jesteś ucieleśnieniem tego, czego pragnie większość osób. Masz u stóp cały świat. Co ci pozostaje? Co możesz zrobić jeszcze, żeby nie zatracić swego człowieczeństwa? Ano nic. Moralność upadła i jest jedynie kolejnym wyrazem w słowniku.

Taką osobą jest właśnie główny bohater filmu Mary Harron. Reżyserka i scenarzystka „American Psycho” nie ma zbyt dużego dorobku, ale mimo to w sposób prawie perfekcyjny pokazała nam popieprzenie pewnego japiszona, którego znudzenie życiem pcha w odmęty psychozy. Patric Bateman (Christian Bale) jest właśnie takim idealnym facetem, który ma idealne wszystko. Tylko dlaczego sam o sobie mówi, że „mnie właściwie nie ma”? O co mu chodzi? Ano o to, że wszystko i wszyscy zaczynają go drażnić. Nie widzi w życiu już żadnej radości, nie ma motywacji, by dalej działać. Pastwi się nad całym światem. Pewnego wieczoru wyżywa swoje frustracje, podczas zabawy w boga. Bez mrugnięcia okiem zabija czarnoskórego bezdomnego, nie oszczędzając nawet psa (nienawidzę takich filmów, mam momentalnie totalną kurwicę, gdy widzę/słyszę przemoc wobec czworonogów). Tylko fizyczność sprawia, że Patric jest człowiekiem. Jego totalnie wyprane z emocji wnętrze, prowadzi go wprost do obłędu. Jeśli myślicie, że włóczęga był pierwszą i ostatnią ofiarą Batemana, to jesteście w błędzie. Nie minęło zbyt wiele minut, nie poleciało zbyt wiele klatek filmowych i nasz główny bohater znowu szykował kolejną zbrodnię. Jego celem był wspólnik z pracy – Paul Allen (Jared Leto), który jest prawie taki sam jak Patric, ale lepszy. Minimalnie wyprzedza go w wyścigu szczurów. Czas zatem pozbyć się konkurenta i ta scena, w której w swoim idealnie białym mieszkaniu, w płaszczu przeciwdeszczowym, przy użyciu siekiery Bateman morduje kolegę, jest epicka. Zresztą, ten film obfituje w różnego rodzaju ciekawe sceny, które są totalnie popieprzone. Ale i to morderstwo nie nasyciło apetytu japiszona w idealnym garniturze. Wkłada resztki ofiary do torby od Jean-Paula Gaultiera i jak gdyby nigdy nic pakuje je do bagażnika. Teraz się dopiero zacznie…

„American Psycho” to film ciężki, chwiejny i dynamiczny. Ciągle coś się dzieje. Popieprzenie głównego bohatera zaczyna się udzielać nawet widzom. Zaczynamy powoli rozumieć jego hermetyczny i idealny świat, w którym najważniejsza jest autoprezentacja, gdzie nie można wypadać gorzej, taniej, brzydziej, bo momentalnie ląduje się poza gronem wybrańców. To świat najlepszych restauracji, drogich ubrań i jeszcze droższych mieszkań, to świat pełny kurestwa i narkotyków, w którym jedynym dominującym uczuciem jest złość i zawiść, bo ktoś ma lepszą wizytówkę (kolejna epicka scena, w której kilku biznesmenów lansi się między sobą tym, kto ma lepszą kartę biznesową). Można zaryzykować pytanie pytanie, że jak człowieka już nic nie kręci, to może chociaż w seksie znajduje podniety? Skucha. Patric ma narzeczoną (w ciele Reese Whiterspoon, która ponoć a niektórych kulturach uważana jest za ładną kobietę), ale ona go drażni. Ma na wyciągnięcie ręki kilka dziwek, ale co z tego, jak podczas zgrabnego trójkąta z nimi, zamiast skupiać się na nich, on wpatruje się w swoje odbicie w lustrze (też dobra, mocna scena, która ponoć była jeszcze ostrzejsza, ale nie przeszła przez cenzorów filmowych).

Zazdrość goni frustrację. Ta z kolei złość, nienawiść i obsesję. A z obsesji do całkowitego popierdolenia można przejść szybko, ot – skrótem. Twórcy tego filmu wykorzystują wszystkie te uczucia, mieszając je z różnymi konwenansami i gatunkami, co w gotowym rozrachunku daje dziwne, mocne i krwawe dzieło, które jak żadne inne pokazuje że idealna bańka marzeń i pragnień, bywa totalnie ułudna.

„American Psycho” to studium skrajnego popieprzenia zamknięte w 101 minutach.

Ps. Ciekawe kiedy ja zacznę… Szczególnie, że z Patriciem Batemanem łączy mnie (poniekąd) gust muzyczny. Beware!

ON:

Jak daleko posunięty konsumpcjonizm zmienia nas w zwierzęta, zamknięte w klatkach swoich domów i biur? Ludzie to szczury, które biegną wąskimi korytarzami korporacyjnych budynków, a w swoich boxach, popijając kawę, odpowiadają na pytania innych szczurów, chcących wybić się ponad szarą masę pędzących do przodu ciał. Wszyscy jesteśmy kosmicznymi małpami, wkładającymi dzień w dzień kwadratowe klocki do kwadratowych otworów, ciesząc się, że jakaś wielka małpa „na górze” daje nam zielone banany. Zagubiliśmy się w chęci bycia indywidualistami i przez to wpadliśmy wszyscy do tej samej maszynki, pełnej ludzkiego mięsa, która przerabia nas na masę snująca się po ulicach i sklepach.

Niezależnie czy pochodzimy z marginesu społecznego, czy też jesteśmy bardzo bogaci, mamy te same podstawowe potrzeby: musimy jeść, pić, pieprzyć i wydalać. Posiadanie dużej ilości gotówki co najwyżej wynosi nasze potrzeby na wyższy poziom. Jemy lepiej, pijemy lepsze alkohole, pieprzymy ekskluzywne dziwki i sramy w ładniejszych kiblach. Patrick Bateman, bohater „American Psycho”, jest jednym z tych, którzy nie narzekają na brak pieniędzy. Praca finansisty na Wall Street pozwala mu cieszyć się ogromnym, acz sterylnym mieszkaniem, garniturami z najnowszych kolekcji oraz wykwintnymi kolacjami w najlepszych restauracjach. Nie chroni go to jednak przed byciem szczurem takim jak jego kumple yuppie. Problemami ich świata są wyjątkowe wizytówki, lepiej urządzone mieszkania, lepsze garniaki, piękniejsze kochanki. W tym świecie zatracasz osobowość. „I feel so extraordinary” – śpiewa bohaterowi New Order. Czy wyjątkowość uzyska dzięki codziennym porannym ćwiczeniom i maseczce, która oczyści jego pory? Wątpię. Wyrwanie się z tej makabrycznej sytuacji jest niemożliwe. Jak bardzo chcemy być kimś innym. „You wake up at Seatac, SFO, LAX. You wake up at O’Hare, Dallas-Fort Worth, BWI. Pacific, mountain, central. Lose an hour, gain an hour. This is your life, and it’s ending one minute at a time. You wake up at Air Harbor International. If you wake up at a different time, in a different place, could you wake up as a different person?” zastanawia się Durden z „Fight Club”. Czy budzenie się koło innej kobiety, zabawa z inną dziwką, a może zabicie kogoś spowoduje, że staniemy się inną osobą? Dlaczego mając wszystko, nie mamy niczego? Patrick jest zaręczony, ale związek ten jest tylko kolejną przykrywką, imitacją. Gdy jego dziewczyna pieprzy się ze swoim przyjacielem, Bateman zdradza ją z jej najlepszą przyjaciółką „o urodzie zbliżonej do ideału”. Znajomi to nic innego, jak inni tacy jak on, znudzeni życiem młodzi ludzie. Dla wszystkich szczytem zajebistości jest kolacja w ekskluzywnym lokalu, gdzie na rezerwacje stolika czeka się kilka miesięcy. Zabawa to kluby pełne prostych lasek, ciasnych kibli, gdzie koka sama wpada do nosa i wciera się w dziąsła. Nie trudno w pewnym momencie zdziczeć, oszaleć, zwariować. Kiedy ktoś zaczyna cię nudzić, możesz go zignorować, ale możesz go też zabić i wytaplać się w jego krwi. To przecież da ci nową zabawę, władzę, to postawi cię na równi bogom. Ucieczką od codzienności może być śmierć. Nie ma znaczenia czy zabijesz bezdomnego, czy znajomego z pracy, czy zaproszoną do domu dziwkę. Nie jest też ważne w jaki sposób dokonasz mordu, czy wykończysz kogoś siekierą, zastrzelisz, czy zadźgasz nożem. Liczy się tylko sam akt, czysta, pierwotna żądza mordu. Z jednej strony wysoce cywilizowana jednostka, a drugiej pierwotna wręcz istota, brodząca w krwi zagryzionej prostytutki. Najbardziej niepokojące jest to, że nie do końca wiemy i sam bohater chyba też nie wie, czy wszystko co się wydarzyło jest prawdą. „It is in your head or is she there?” – zastanawia się wokalista „Fading Colours”. Jeśli cała historia to fikcja, to co jest przyczyną tego stanu rzeczy? Przepracowanie? Choroba? Brak akceptacji? Gorzej, jeśli mamy jednak do czynienia z wydarzeniami, które nie działy się tylko w głowie Patricka. Wtedy powinniśmy się obawiać tego, co autor chce nam przekazać, przed czym chce nas ostrzec. W współczesnym świecie korporacji, białych kołnierzyków i wyścigu szczurów jesteśmy tylko etykietką, niczym tylko pionkiem, postacią bez znaczenia. Nasze poczynania mogą pozostać niezauważone, bo dla jednych będziemy Peterem, a dla innych Tomem, Jimem lub Martinem. Ta sama osoba może mieć wiele osobowości, bo i tak nikt nie zwraca na nią swojej uwagi. Każdy bowiem biegnie tym wąskim korytarzem, mijając inne szczury, podgryzając je. To jak „Wielki Marsz” Bachmana. Nie mamy przyjaciół, bo nawet najbliższy nam człowiek może z sekundy na sekundę stać się naszym wrogiem i wbić nam nóż w plecy. Pomimo, iż żyjemy w globalnej wiosce, jesteśmy „Obywatelami świata” jak z noweli Ciechowskiego, to pozostajemy samotni, zdani na własne lęki i wewnętrzne nakazy. Często zdobywamy wiedzę cenna tylko dla nas. Przykładem mogą być ciekawostki muzyczne, którymi dzielił się z innymi Bateman. Dla niego to wspaniały i głęboki monolog o trendach i zmianach w muzyce lat 80-tych, dla słuchacza bełkot o piosenkach, których nawet nie musieli znać. W oczach bohatera ta ignorancja zasługują na karę… bo jak można nie kochać „Sussudio”?

„American Psycho” jest trudne i ciężkie w odbiorze, ale warte poświęcenia mu uwagi.