ONA:
Lubię takie powroty. Filmy z początku lat 90-tych kojarzę jak przez mgłę, ale coś tam mi świta. I za każdym razem, gdy wracam do jakieś produkcji sprzed lat, obawy są te same – „Czy film, który podobał mi się wtedy, który niesie jakiś tam nakład pozytywnych emocji, dalej będzie zadowalał? Czy oboje postarzeliśmy się, a nasze drogi nie powinny po raz kolejny się zbiegać?”. Dziś na tapecie dzieło Andrew Fleminga, którego kocham za 3 filmy: „The Craft”, „The In-Laws” i dzisiejszy „Threesome” (polski tytuł kojarzy mi się wyłącznie z najbardziej kiczowatym zespołem, jaki kiedykolwiek powstał na naszym rynku muzycznym, więc generalnie – szkoda wspominać)…
Wszystko zaczyna się od pierwszego dnia nowego roku akademickiego, kiedy to w jednym pokoju zaczynają mieszkać ze sobą Stuart (Stephen Baldwin) i Eddy (Josh Charles). Oczywiście panowie są totalnie różni. Stuart jest głośny, wulgarny i bardzo ekspresyjny, a Eddy cichy, spokojny, wręcz nieśmiały. Ale wspólny metraż zbliża ich ku sobie i zaczynają się przyjaźnić. Wtem ich męski los zakłóca pojawienie się Alex (Lara Flynn Boyle), która na skutek pomyłki administracyjnej ląduje z nimi w mieszkaniu. I teraz się zacznie. Twórca filmu, żeby totalnie skomplikować los swoich bohaterów, wpycha między nich pożądanie, ale jakie! Stuart z miejsca zaczyna bujać się w Alex, a że jest typowym neandertalem emocjonalnym – robi to źle. Alex z kolei zwraca uwagę na delikatnego Eddy’ego, który samą mową potrafi wywołać u niej skrajne podniecenie. Ale niestety, Eddy gra z przeciwną drużyną i bardziej podoba mu się jego dziki współlokator, niż ponętna współlokatorka. Cała trójka, mając świadomość tego, w jak bardzo popieprzonej sytuacji się znalazła, postanawia porzucić emocje i zostać wyłącznie we friend zone. Niestety, kończą w łóżku. Razem. Tak!
God bless 90s! Teraz taka produkcja by nie powstała! Jest kwintesencją tego, co serwowano nam w latach dziewięćdziesiątych: jest humor, nie ma poprawności i obawy przed podaniem czegoś, co z miejsca nie zostałoby oprotestowane przez różnego rodzaju środowiska. Ludzie są ludźmi, z całym wachlarzem emocji, a emocje są prawdziwe, nawet w wykonaniu Lary Flynn Boyle (jest śliczna – nadal, ale gra jak widelec). Poza tym, kto teraz nagrałby tak zmysłową scenę erotyczną z trzema osobami? Bo właśnie na tym polega genialność „Threesome” – jest przepełniony delikatnością, którą w zależności od potrzeb mieszamy z humorem, lekką dramaturgią i całą resztą. Co prawda kadry wypełnione są kiczem typowym dla tamtych czasów, ale mam to gdzieś – ten film nie postarzał się wcale i nawet mam wrażenie, że teraz, po latach, po różnych doświadczeniach i z odpowiednim bagażem – jest nawet lepszy.
„Threesome” jest przykładem na to, że nie trzeba silić się na jakąś nie wiadomo jak głęboką i pokręconą fabułę, by podać widzom dzieło przyjemne, do którego można wrócić. Najtrudniejszą sztuką jest pokazanie zwykłego człowieka bez zbędnego zadęcia, bo jakbym chciała oglądać produkcje o jednostkach wybitnie wybitnych, to mam ich całą paletę. A filmów obyczajowych, zwykle niezwykłych, nie jest zbyt wiele… Szczególnie, że ten nie ma ckliwego happy endu.
Poproszę o więcej!
ON:
Lata 90-te rządziły się swoimi prawami, podobnie jak lata 80-te, a wcześniej i 70-te. Każda epoka, nawet każde dziesięciolecie, to ogromna przepaść pomiędzy tym, co było i tym co będzie. Dla mnie rok 1994 był kolejnym w moim życiu. Oczywiście, zmieniły mi się priorytety, przestałem przesiadywać ciągle z kumplami, zacząłem zauważać, że dziewczyny mają boobsy. Do czasów studenckich było mi jeszcze daleko, ale zawsze zastanawiałem się jak będzie wyglądać akademickie życie. Całe szczęście udało mi się tego uniknąć, a i tak dzięki dobrej ekipie mieliśmy śmieszne studenckie czasy. W ’94 roku pojawił się także film „Ich troje”, opowiadający o specyficznym trójkącie.
Była to opowieść dziejąca się w zupełnie innych realiach, bo nijak ma się polska bursa, do amerykańskiego miasteczka akademickiego. W jednym ze studenckich pokoi mieszka sobie w miarę spokojne dwójka współlokatorów: Stuart i Eddy. Panowie zupełnie się różnią. Stuart to chodzący wulkan emocji, zaś Eddy to spokojny, trochę zamknięty w sobie chłopczyna. Czas spędzony we wspólnym pokoju zbliża ich do siebie i zaczynają się przyjaźnić. Są na poziomie tej chamskiej, męskiej przyjaźni, podbierają sobie ubrania, wulgarnie gadają o dupach, jeden drugiemu pomaga w wypracowaniach itd. Prowadzą sobie tę spokojną egzystencje do czasu, gdy przez błąd w systemie dziekanatu w ich pokoju ląduje Alex – fajna, ciemnowłosa laska. Przeniesienie nie wchodzi w rachubę, gdyż rozpatrzenie podania będzie trwało wieki. Wygląda na to, że cała trójka jest na siebie skazana. Początki są trudne. Jedna łania i dwoje kolesi pełni testosteronu? Ta mieszanka musi w końcu wybuchnąć. Niewinne dowcipy i rozmowy przeradzają się w specyficzny trójkąt, w którym Stuart podkochuje się w Alex, ta w Eddym, a on zaś ma ciągoty do Stuarta. Ich „związek” jest specyficzny, bo przez długi czas nie przekraczają tej cienkiej granicy, która może wszystko zniszczyć. Oczywiście, kiedy któreś z nich zaczyna się spotykać z jakąś nową osobą, to bardzo szybko wygryzano ją bezpiecznego trójkąta. Są jak psy ogrodnika: sami nie zjedzą i innymi też nie dadzą. Nic co dobre nie trwa wiecznie i dochodzi od momentu, w którym trzeba powiedzieć A, a później B. W tym momencie z lekkiej komedyjki przeskakujemy w dość poważne kino obyczajowe. Wcześniejsze wątki romantyczne były potraktowanie z lekkim przymrużeniem oka, a teraz stały się poważne.
Nie ukrywam, że „Ich troje” jest specyficzne. Gwałtowny przeskok pomiędzy gatunkami filmowymi może nas zrazić. Ten film jest trochę jak „W pogoni za Amy”. Daleko mu do genialnego dzieła Smitha, ale bazuje na podobnym trójkącie. Fantastyczne jest to, że Flemingowi, czyli reżyserowi, udało się balansować bardzo blisko cienkiej linii dobrego smaku. Nie przekroczył jej w ani jednej scenie, dzięki czemu całość ogląda się dobrze. Jak by nie patrzeć – to typowe kino lat 90-tych, a z nim jest jak z dobrym winem, docenią je koneserzy.
