ON:

Dobre dwa lata minęły od premiery Castlevania: Lords of Shadow. W dniu, kiedy gra pojawiła się na sklepowych półkach, ja czekałem na swoją edycję kolekcjonerską, która pomykała zza wielkiej wody. Po dwóch latach od premiery czas najwyższy zabrać się za ten tytuł i odpowiedzieć sobie na pytanie: Czy warto było wydać 150$ na duże pudełko z metalową maską, ślicznym digipackiem i soundtrackiem?

Jeśli tak jak ja wyskoczyliście z brzuchów matek na początku lat 80-tych, to na pewno pamiętacie gry z serii Castlevania. Bardzo rozbudowane, mroczne platformówki, w których musieliśmy zmierzyć się z całym fantastycznym bestiariuszem, a na końcu stawić czoła panu ciemności. Charakterystyczną cechą tytułu był bicz/kula na łańcuchu, czy inne ustrojstwo, dzierżone przez naszego bohatera. Wiele wody upłynęło w Styksie i na konsolach pojawia się Castlevania: Lords of Shadow, tytuł mający z pierwowzorem bardzo mało wspólnego. Nie oznacza to, że jest on słaby. Inność w tym przypadku wyszła mu na dobre. Castlevania opowiada historię niejakiego Gabriela Belmonta, który jest członkiem Bractwa Światła – takiej organizacji walczącej z siłami ciemności o pokój na ziemi. Już w tytule twórcy zdradzają nam kogo przyjdzie nam oklepać, aby ratować świat. Gdzieś po drodze przewija się ukochana Belmonta, ale nie zmienia to faktu, że historyjka jest raczej płytka. Dopiero sam koniec potrafi dość mocno kopnąć w jajka. Szkoda tylko, że dzieje się to po zakończeniu wątku fabularnego. Rozgrywka przypomina nam to, co bardzo dobrze znamy z Dante’s Interno, czy z serii God of War. Gabriel będzie musiał przedrzeć się przez dwanaście rozbudowanych etapów, a na końcu pokonać głównego złego. Po drodze zmierzymy się z wilkami, goblinami, trolami, pająkami i inną garmażerią. Raz na jakiś czas przyjdzie nam się prać po pyskach z bossami. Te stwory to zupełnie inna śpiewka, walka z nimi przypomina to, co widzieliśmy np. w Shadow of the Collosus. Narzędziem, które przyjdzie nam z pomocą w eksterminacji, jest krzyż zamocowany na długim łańcuchu, to pewien ukłon w kierunku oryginalnej serii. Będziemy nim mogli powywijać na lewo i prawo, robiąc przy okazji krzywdę naszym wrogom. Niestety, nie użyjemy innego oręża, dlatego twórcy postanowili pozwolić nam na upgrejdowanie broni, a bohaterowi na wykupowanie nowych, morderczych kombinacji ciosów. Tyle, że to wszystko dalej za mało, aby dać nam 100% satysfakcji z gry. Niby możemy postarać się wykonać dodatkowe wyzwania, ale są one albo nijakie, albo diabelnie trudne i dość szybko się nam znudzą.

Co jest w takim razie w tym tytule, że średnia ocen w sieci to 8/10? Po pierwsze: Castlevania jest naprawdę śliczna. Grafika wielokrotnie potrafi rzucić na kolana. Efekty świetlne, cienie, kolory i lokacje są piękne. Po drugie: udźwiękowienie. I ścieżka dźwiękowa, i efekty dźwiękowe są na bardzo wysokim poziomie. Ale czy to wystarczy, aby produkcja ta otrzymała taką wysoką ocenę? Nie! Jest jeszcze coś! Tytuł wciąga. Z jednej strony jest leniwy i dość powoli się rozkręca, a z drugiej potrafi wycisnąć z nas ostatnie poty, gdy będziemy tłuc się z grupą demonów. Ta równowaga w rozgrywce to chyba największy plus Castelvanii.

Castlevania: Lords of Shadow nie jest dziełem wybitnym, ale daje dużo radości, gdy już wpadniemy w rytm, jaki narzuca nam dzieło. Szczególnie, że jego ukończenie zajmuje około 15-20 godzin. Dodając do tego cenę 50zł za pudełkową wersję przygód Gabriela, otrzymamy całkiem fajny tytuł, dający dużo zabawy na przyzwoitym poziomie. Gra na taką mocną siódemkę.