ONA:
Film doprowadzający do padaczki, migreny, oczopląsu. Dla mnie opcja „kręcona z ręki” jest opcją męczącą, do tego stopnia, że wybitnie mnie takie kino zniechęca do siebie.
Ale jednak…
Kolejna opcja z cyklu „Atak Obcych na Ziemię”. Rzecz dzieje się w moim ukochanym NYC. Grupa młodych ludzi jest na imprezie, ponieważ ich kolega wyjeżdża do Japonii. Jak można się domyśleć, nie wyjedzie. Nagle coś zaczyna się dziać. Kula ognia, wstrząsy, latająca głowa Statuy Wolności, takie tam. Wieżowce padają jeden za drugim, mosty i drogi też. A wszystko za sprawą potwora, siejącego spustoszenie w środku nocy. Co robić? Brać nogi za pas i uciekać, gdzie pieprz rośnie. Póki czas, póki się żyje.
Film jest strasznie nierówny. Ma momenty, które wciskają w fotel, w których widz zaczyna żyć i bać się, tak jak i główni bohaterowie, a momentami wieje sandałem. Z masłem. Jednak plus za zakończenie. Lubię, gdy nie ma happy endu!
Właściwie, to widziałam ten film kilka razy i za każdym zarzekam się, że był ostatni…
ON:
Rob ma wyjechać do Japonii, a w przeddzień tego życiowego kroku wraz z przyjaciółmi odprawiają przyjęcie w mieszkaniu na Manhatanie. Cała zabawa nagrywana jest na przenośnej małej kamerze video. To waśnie ona jest głównym bohaterem filmu, gdyż cały obraz kręcony jest z ręki przez jednego z uczestników imprezy. Zabawa niektórym udaje się lepiej, innym gorzej, aż do momentu gdy ziemia się zatrzęsła. Ciekawi wrażeń imprezowicze wbiegają na dach budynku, w którym się bawią, tylko po to, aby w oddali, gdzieś na obrzeżach Manhatanu ciemność nocy rozjaśnił wybuch. Od tego momentu zaczyna się drugi film. Po Blair Witch Project, które miało miano kultowego, z pomysłu filmu „dokumentalnego” zapisanego na kasecie lub dysku i znalezionego w miejscu katastrofy/zbrodni/dziwnych wydarzeń* (* – niepotrzebne skreślić) skorzystało wielu reżyserów. Taki pomysł skopiowano w tym filmie. Mamy więc trwającą godzinę i dwadzieścia minut historię młodych ludzi, którzy starają się przeżyć w zaatakowanym przez istotę nie z tego świata Nowym Jorku. Jest więc trzęsący się obraz, chaotyczne ujęcia czasami przedstawiające kawałek ściany lub podłogi, a nie samą scenę. Jakoś nie przemawia do mnie taki sposób nagrywania. Jeden film, a dokładnie serial, który oglądałem bronił się takim obrazem, a mianowicie „Kompania Braci”, ale tam wszystko zrealizowane było w sposób mistrzowski. Tak czy inaczej bohaterowie tego paradokumentu, starają się z wyspy uciec i prawie się im to udaje. Po drodze Rob odbiera telefon od ukochanej, która leży gdzieś przygnieciona resztkami budynku. Kierowany sercem, zdobywa się na odwagę i wyrusza na ratunek. Po drodze dowiemy się co tak naprawdę zaatakowało Manhatan, co się dzieje z pogryzionymi osobami i czy i komu uda się przeżyć.
Tak czy inaczej jest to film naraz. Mimo tego widziałem go już chyba cztery razy i pewnie zobaczę piąty. Dodatkowo wyczekuję części drugiej, która zapowiadana jest na 2014 czy 2015 rok.
Film dla wielbicieli gatunku.
