ONA:

„Wiek Adaline” to nie miał być film, który mnie zachwyci. Ot, babskie, dziwne kino, z mocno naciąganą historią, kręcącą się pomiędzy sci-fi a melodramatem, z aktorką, którą uważam za baaardzo mizerną i z tą całą otoczką, która sprawiała, że byłam bardziej zniechęcona, niż zachęcona. No ale obejrzałam. I powinnam to teraz wszystko odszczekać. Hau, hau.

W trakcie mojego życia wielokrotnie przewinęło się przez nie pytanie „Jaką super moc chciałabyś mieć?”. Bardzo mnie dziwiło, kiedy inni odpowiadali „Być nieśmiertelnym”. Przecież nieśmiertelność to skazanie siebie na wieczny smutek, mając świadomość, że wszystko i wszyscy z Twojego życia umrą, a Ty, nawet jak pokochasz jeszcze raz, to i tak tę bliską osobę stracisz. Zdecydowanie lepsze by było latanie. Albo czytanie w myślach. Ale to właśnie o nieśmiertelności jest najnowszy film Lee Tolanda Kriegera z Blake Lively w roli głównej.

Adaline Bowman urodziła się w 1908 roku. Dorastała, znalazła męża, urodziła córkę, straciła męża, a w 1935 roku umarła. Wróć – prawie umarła. Miała wypadek samochodowy – runęła z impetem do jeziora, a potem uderzył piorun. Miks hipotermii i wyładowania elektrycznego nie zabił Adaline, wręcz przeciwnie. Przestała się starzeć. Procesy biologiczne w jej organizmie zostały zahamowane, a ona od tej chwili – na zawsze – pozostała 27-latką.

Dziewczyna długo nie potrafiła zrozumieć co się stało. Jak to jest, że jej córka zaczęła z czasem wyglądać jak koleżanka, matka, a potem babcia… Adaline (B. Lively) co dekadę zmieniała wygląd i miejsce zamieszkania. Zakładała nową maskę, nową tożsamość. Unikała miłości, bo każda musiałaby skończyć się żałobą. Wszystkie swoje uczucia przelewała na córkę i na kolejnego psa. I wtedy, we współczesnych czasach, pojawił się on – Ellis Jones (Michiel Huisman). Dziewczyna długo się broniła przed tym uczuciem, ale wreszcie poległa. On postanowił przedstawić ją swoim rodzicom. Kiedy William Jones (Harrison Ford) zobaczył Adaline, aktualnie Jennifer, wyszeptał tylko jedno. To imię, które bohaterka porzuciła dawno temu, na rzecz kolejnych. Dawno temu, kiedy oboje mieli po dwadzieścia kilka lat, spotkali się i przeżyli płomienny romans. Ale ona uciekła. Will założył rodzinę, Adaline co dekadę zmieniała tożsamość i znowu przyszło im spotkać się twarzą w twarz…

No przyznam szczerze – jestem poważnie zachwycona tym filmem. Bardzo mnie zaskoczył. W całej swojej dziwności i abstrakcyjności – jest tam dużo sensu. Abstrahując od B. Lively, którą uważam za strasznie „przechwaloną” aktorkę, sporo się dzieje szczególnie na drugim planie. Ona jest bardzo powściągliwa i niewyobrażalnie piękna, ale jej gra nie zachwyca mnie zupełnie. To czego nie potrafi pokazać – „dowygląda”. Tu prawdziwą petardą jest stary, dobry Ford i bardzo sensualny Huisman. Na uwagę zasługuje również Ellen Burstyn w roli córki Adaline. Ale to, co mnie najbardziej powaliło na kolana, to klimat. Klimat, który można zawdzięczać przede wszystkim scenografom, charakteryzatorom i kostiumologom. To oni, za pomocą wnętrz, makijażu i ubrań oddali mijający czas, w którym Adaline musi funkcjonować, ciągle zachowując swój styl z lat 30. ubiegłego wieku.

Oczywiście ten film to melodramat. Miłości rozmaitej jest tu sporo, ale zaskakujące jest to, że całość jest bardzo dobra w konsumpcji. Paniom polecam wyjątkowo mocno.

A teraz zastanów się… Gdybyś był nieśmiertelny… Ile znałbyś języków? Ile byś przeczytał książek? Ile świata byś zobaczył? Ilu poznałbyś ludzi… Ilu musiałbyś pożegnać na zawsze…

ON:

„Ciekawego przypadku Benjamina Buttona” nie uratował nawet sam Fincher. To długa, nudna i przegadana historia o niczym. Podchodziłem do tego filmu ze trzy razy, a finalnie rozprawiła się z nimi sama Paulina. Obawiałem się, że „Wiek Adaline” będzie podobną historią, która znudzi mnie do granic możliwości. Ostatecznie nie było tak tragicznie, chociaż mamy do czynienia z piękną bajeczką z miłością w tle. To kino kobiece, ale opowiedziane w taki sposób, że nawet facet spokojnie może je obejrzeć.

Chyba największym plusem „Wieku Adaline” jest narrator, który czasem pojawia się i opowiada nam o wydarzeniach widocznych na ekranie. Stylizowany na kronikarza ze starych filmów SF idealnie pasuje do swojej roli. To on nadaje całemu obrazowi nuty tajemniczości. Druga sprawa, to całkiem niezłe zdjęcia i kostiumy. Na ekranie pojawia się przecież Ameryka sprzed wielu lat. Pytanie: czy to wystarczy, aby film w reżyserii Lee Tolanda Kriegera się obronił?

Adaline Bowman (Blake Lively) wiodła sobie spokojne życie. Pewnej nocy zdarzył się jednak wypadek, który spowodował, iż kobieta przestała się w ogóle starzeć. Jej tajemnicę znała tylko jej córka – Flemming. W czasie gdy jej mama była cały czas młodą kobietą, ona zbliżała się do śmierci. Problem Adaline polegał na tym, że w pewnym momencie jej osobą zainteresował się rząd USA. Przecież coś musi być nie tak, przecież nikt nie żyje tak długo i się nie starzeje! Nie trzeba było długo czekać, by do jej drzwi zapukali agenci. Ten jeden, jedyny raz kobieta dała się podejść, ale po tym zdarzeniu maiła nauczkę na przyszłość. Od tej pory odpowiednio często zmieniała swoją tożsamość i miejsce zamieszkania. Niestety, los potrafi nam płakać psikusy, a osoby, których nie chcemy spotkać, pojawiają się w naszym życiu zupełnie znienacka. Podobnie było w przypadku Adeline, która spotyka młodego i przystojnego Ellisa Jonesa. Dziewczyna nawet nie zdawała sobie sprawy, że może to być syn kogoś, kogo kochała wiele lat temu. Co za ironia.

„Wiek Adaline” jest filmem o miłości i życiowych wyborach. W niektórych miejscach za bardzo przekoloryzowany, a w niektórych trochę za mdły, ale w całym rozrachunku to zjadliwa i całkiem ciekawa historia, która bije Benjamina Buttona na głowę.