ONA:
Filmy, które oglądam wieczorami, mocno determinuje dzień, jaki mam za sobą. Jeśli umysł jest na tyle nie styrany, a ciało nie jest zmęczone ani fizycznie, ani psychicznie – wybieram cięższe klimaty. Jeśli zaś nie wiem jak się nazywam – biorę się za bajki albo komedie (czasem nawet romantyczne). Natomiast gdy sięgam za film pokroju „You, me and Dupree” to znaczy, że jestem po dniówce w pracy, dwóch szkoleniach i zebraniu, a do domu wróciłam nie dość, że po 15 godzinach, to jeszcze głodna.
W życiu każdego mężczyzny – no okej, w życiu większości mężczyzn – przychodzi taki moment, że wizja regularnego seksu, smacznych obiadków i bawienia się w dorosłość pokonuje wszystkie inne pragnienia i wtedy zwykle wymawia się te dziwne słowa przysięgi. Koledzy idą na drugi plan, ale nie temu, że żona nam zabrania, tylko dlatego, że jest z nią tak cudownie. Potem seks się wykrusza, a 4x w tygodniu na obiad jest makaron z serem… No dobra, może za bardzo uogólniam… Ale coś w tym jednak jest. Carl Paterson (Matt Dillon) żeni się z Molly (Kate Hudson). W zasadzie plan jest taki, żeby było idealnie. I prawie jest. Mieszkają sobie w małym domku, kochają się na zabój, ale zanim idylliczna bajka się zacznie, pojawią się dwa, małe problemy. Jeden to Dupree (Owen Wilson) – kumpel Carla, a drugi, to pan Thompson (Michael Douglas) – teść głównego bohatera i przy okazji jego szef. Z Dupree’m jest taki problem, że to niedorajda życiowa. Nie ma pracy, kobiety, perspektyw, niezbyt wiele umie, jest takim typowym łazikiem, od którego zbyt wiele wymagać nie można. Ale jako przyjaciel jest całkiem okej. Więc gdy traci dom nad głową, Paterson zaprasza go do świeżo uwitego gniazdka „na kilka dni”, które oczywiście są katastrofalne w skutkach (włączając w to problemy małżeńskie i pożar). Jeśli zaś chodzi o teścia, to ma on w planie zniszczenie swojego zięcia do cna. Zawala go pracą, gnębi, obraża i sugeruje zmianę nazwiska i wazektomię, żeby czasem się nie rozmnożył… Cóż, Carl nie ma zbyt udanego życia, a przecież miało być tak pięknie… Ktoś gdzieś ewidentnie popełnia błąd, tylko kto?
Pónbóczku, czemu ja to oglądałam? Czemu wróciłam do tego filmu, mając już pierwszy seans za sobą? Czemu nie lubiąc Owena, spędziłam z nim wieczór?! Ten komedio-obyczajowy twór ma tylko jeden plus – Kate Hudson. Reszta jest po prostu przeciętnie marna… Fabuła trąci naiwnością, a nazwanie go „komedią” jest srogim przegięciem. Więcej w nim dramatyzmu, niż śmiesznych momentów. Były w ogóle jakieś? Ja rozumiem, że byłam przytępiona dniem, ale żeby aż tak?! Aaa, fakt – były. W filmie pojawia się Lance Amstrong w roli samego siebie, jako „motywator” do działania, a w świetle ostatnich wydarzeń, można tylko parsknąć śmiechem…
Nie polecam, autentycznie. Oczekiwania spore, a marność wyszła straszliwa.
ON:
Czasem jest tak, że trzeba obejrzeć coś, aby kolejnego dnia pojawił się wpis na naszym Marudzeniu. Czasem jest tak, że jest to dziełko niskich lotów. Czasem jest tak, że cały świat jest zły.
Ostatnio mamy dni pełne roboty. Wywrotka obowiązków sama się nie wyładuje i nawet o 23:00 siedzimy i pracujemy. Paula ma umiejętność wygrzebywania z puli filmów takie dzieła, które nie wymagają zbytniego zaangażowania od widza. W ten sposób możemy pracować i jednocześnie jednym okiem rzucać na TV. Filmem takowym jest między innymi „You, me and Dupree”.
Jest to słabiutka komedyjka obyczajowe, która przeleci przez nasze głowy jak „kapucha przez niską grubą babę”. Plusem tego tworu są dwie osoby – Kate Hudson, która jest naprawdę śliczna, więc można pocieszyć oko, bo aktorka z niej żadna oraz Michael Douglas, ale to klasa sama w sobie i ten facet nawet kamień zagra zajebiście.
Historia opowiada o grupie dorosłych już przyjaciół. W tej paczce są Molly i Carl Petersonowie – młode małżeństwo, a poza nimi znajdziemy tutaj osoby przeróżne. Między innymi tytułowego Dupree. To typ lekkoducha i gapy, nawet na ślub Petersonów się prawie spóźnił, bo pomylił wyspę, na której miała się odbyć uroczystość. Ogólnie koleś nie jest jakoś ogromnie niebezpieczny, to po prostu nieszkodliwy idiota. Mija jakiś czas. Młode małżeństwo stawia swoje pierwsze kroki na nowej drodze życia i wszystko jest naprawdę super. Pewnego czwartkowego wieczoru, na koleżeńskim piwku Carl dowiaduje się od Dupree, że ten stracił pracę, nie ma kasy na życie i nie ma gdzie mieszkać. Po rozmowie z żoną postanawiają pomóc życiowemu rozbitkowi. Tylko czy taki krok jest bezpieczny dla młodych? Okazuje się, że nie. Dupree to koleś destrukcja. Jego rozmowy o prace to porażka, a każda akcja, jakiej się podejmuje przynosi szkody.
Trzeba dodać, że nowożeńcom nie trzeba dodatkowego stresu, gdyż i tak mają go, na co dzień dosyć. Carl jest terroryzowany przez swojego szefa, swoją drogą ojca Molly, ona zaś pracuje w szkole i także nie ma łatwego życia. Specyficzny trójkąt zaczyna docierać do granicy wytrzymałości, którą niszczy pożar salonu, wywołany przez nowego współlokatora.
Jest cieniutko, bez fajerwerków i rewelacji. Komedyjka to żadna, raczej obyczajówka opowiedziana z lekkim przymrużeniem oka. Skeczy tutaj jak na lekarstwo, gagów jeszcze mniej. Postać Dupree jest irytująca, a i sama historia pozostawia wiele do życzenia. Moim zdaniem możecie sobie odpuścić.
