ONA:

Przeszłość została naprawiona. Przyszłość – zapewniona. Więc właściwie co można teraz robić? Ano, jak się okazuje, nie należy próżnować. Drugi epizod przygód Marty’ego McFly zakończył się zaskakująco. Doktorek zniknął i zaraz potem pojawił się kurier z tajemniczą przesyłką, nadaną kilka dekad wcześniej. Co jest w liście? Jest informacja, że nasz ulubiony naukowiec utknął w 1885 roku, na Dzikim Zachodzie. Oczywiście Marty robi wszystko, by trafić do przyjaciela, co po raz kolejny wywoła ogromne ilości dziwnych akcji, a kontinuum czasowe znowu będzie napięte i zaburzone, ale nam, widzom, da możliwość ponownego spotkania się z tym zwariowanym duetem…

W 1885 roku Emmett „udaje” kowala, ale ciągle fascynuje się nauką. Niestety, wpadł w ogromne tarapaty. Buford Tannen, przodek Tannerów z poprzednich części, niebawem go zabije. Takie informacje znalazły się na nagrobku Browna. Poszło o 80 dolarów, a zakończyło się tragicznie. Marty, chcąc pomóc przyjacielowi, sam staje się celem Buforda. I wkrótce zamiast nazwiska „Brown”, na płycie nagrobnej pojawia się „McFly”… Żeby wszystko jeszcze bardziej skomplikować, mamy tu wątek miłosny, bowiem na drodze Emmetta staje urocza nauczycielka, która sprawiła, że przestał on się kierować rozumem, a zaczął sercem. A, i nie wspomniałam jeszcze, że przy „lądowaniu” w 1885 roku, Marty uszkodził DeLoreana… Pod koniec XIX wieku trudno było znaleźć maszynę, która wyciągnie te 88 mil na godzinę…

Trzecia część „BTTF” to prawdziwa petarda. Podejrzewam, że twórcy wiedzieli, że zamknie ona całą trylogię, więc wszystkie wątki zostały pokończone, tylko w nas, fanach, ciągle tli się nadzieja, że może kiedyś, ktoś będzie na tyle odważny, że po raz kolejny będziemy mogli ruszyć w odmęty czasu. Seria z przygodami Browna i McFly dowodzi, że liczy się przede wszystkim pomysł i perfekcyjne rozplanowanie całej historii. Ona była stworzona od razu, dlatego nie ma tu miejsca na dziury, braki logiczne i niedopowiedzenia. Jest kompletna, bardzo dobrze zrealizowana i naszpikowana taką ilością smaczków, że nie tylko koneserzy to docenią.

Na koniec trzeciego dnia z BTTF – refleksja. Teraz takich filmów się już nie tworzy. Odgrzewa się za to kotlety, które osiągnęły komercyjny sukces i próbuje się po dwóch, czasem trzech latach sprawdzić, czy fani zainteresują się tym tematem ponownie. Poważnie – tak na szybko, bez zbędnej analizy, miałabym ogromny problem, by podać jakąś produkcję, która powstała niedawno i która miała sequel równie dobry, co prequel. Za to do BTTF warto wracać, warto przeżywać po raz kolejny każdy z trzech epizodów, warto śmiać się, analizować, wyłapywać ciekawostki, bo to filmy, który są wartością samą w sobie.

ON:

No i nadszedł trzeci dzień z „Powrotem do przyszłości”. Nie ukrywam, że dla mnie jest to najlepsza część serii. Przede wszystkim zamyka wszystkie wątki, jakie pojawiły się w poprzednich filmach, a po drugie – zawiera najwięcej gagów, bazujących na różnicach kulturowych, technologicznych itd. Dodaje to całości zajebistego klimatu. Już samo to, że Marty przenosząc się na Dziki Zachód przedstawia się jako Clint Eastwood powoduje uśmiech na naszych twarzach, a gdy dodamy do tego kilka innych drobiazgów, to zaczyna być naprawdę nieźle.

Idąc śladem drugiej części, trzecia zaczyna się w tym samym miejscu, w którym zakończyła się poprzedniczka. Marty wraca z przyszłości do lat 50-tych, po to, aby ratować profesorka. Ten wylądował na ukochanym Dzikim Zachodzie. Niestety, okazuje się, że doktor pomimo tego, że jest szanowanym obywatelem zasypanego kurzem miasteczka, to nikt mu nie pomoże, kiedy będzie w potrzebie. I tak przy pomocy Emmetta Browna z 1955 roku Marty naprawia pojazd i rusza w nieznane.

Na dzień dobry podróżnik w czasie trafia źle. Po pierwsze – musi uciekać przed Indianami, po drugie – przed kawalerią, a po trzecie – przed niedźwiedziem. Podczas ucieczki przypadkowo wpada w czyjąś zagrodę i traci przytomność. Gdy otwiera oczy leży w łóżku – okazuje się, że znajduje się w domu jego przodków: Seamusa i Maggie McFly. Rankiem wyrusza do miasta, gdzie jak to zawsze bywało, wpada w tarapaty. W barze spotyka Buforda Tannena z “tych” Tannenów, którzy zawsze dawali McFlyom po dupie. I tak, jak to zwykle bywa – Marty napyta sobie trochę biedy. Całe szczęście z tarapatów uratuje go doktor, który na Dzikim Zachodzie zajmuje się podkuwaniem koni. Od tej chwili ta dwójka ma tylko kilka dni, aby wrócić do siebie i uniknąć losu, który ma spotkać Emmetta. Niestety, kontinuum czasowe nie chce się dać tak łatwo zmienić, a to, co było komuś przeznaczone, czasem dzieje się wbrew naszym chęciom.

Siedziałem z Pauliną i chłonąłem trzecią część „Powrotu do przyszłości” i zdałem sobie sprawę, że ten film nadal bawi i śmieszy. Rozwalają gagi i dowcipy, rozwala to, że wszystko zbudowane jest na tym samym szkielecie i, że makieta “zawsze będzie niezbyt dokładna”. Tannenowie nigdy się nie zmienią, a Strickland zawsze będzie pilnował porządku w tejże mieścinie. Reżyser i scenarzysta nie wymyślali koła na nowo. Sprawdzony przepis ubrali w nowe ładniejsze ciuszki, o których wspominali ukradkiem w poprzednich częściach. Tak stworzona produkcja zachwyca swoją prostotą. To także ukłon w stronę fanów, gdzie podobnie jak w przypadku „Pogromców duchów”, kontynuacja także zawierała jeszcze więcej dobrego. W ten sposób robi się naprawdę dobre kino.