ON:
Nie jestem ogromnym fanem świata „Star Trek”, ale nie ukrywam, że bardzo podobała mi się „Stacja kosmiczna nr 9”, która wyłamywała się trochę ze schematów tego uniwersum. Gdy kilka lat temu pojawił się nowy film w reżyserii J.J Abramsa, podzielił on fanów na dwie grupy. Jak by nie patrzeć kultowa seria została napisana na nowo, wręcz wywrócono ją do góry nogami. Ponieważ nie byłem spaczony oryginalną sagą, podszedłem do tego dzieła bez większej napinki emocjonalnej. Obejrzałem i zapomniałem. Teraz, cztery lata później, przyszło mi odwiedzić pokład statku Konfederacji po raz kolejny.
“Star Trek Into Darkness” jest luźno powiązany fabularnie ze swoim młodszym bratem. Mamy tych samych aktorów i te same postacie, które poznaliśmy kilka lat temu. To fajny ukłon dla tych, którzy poświęcili czas na pierwszy film z serii. Dzieło Abramsa rozpoczyna się z grubej rury, a mianowicie brawurową ucieczką z rąk wkurzonego plemienia, zamieszkującego jakąś zapomnianą przez boga planetę. Pierwotni chcą złapać Kirka i jego towarzysza, bowiem ci zakosili ze świątyni święty zwój. Wszystko jest przykrywką dla ratowania rasy przed zagrożeniem, jakie niesie aktywny wulkan, górujący nad planetą. Akcja ma się nijak do pierwszej zasady, czyli braku interwencji. Niestety, nie wszystko idzie zgodnie z planem i Pan Spock mało nie traci życia podczas tej wyprawy. Kirk ryzykuje jednak ujawnienie USS Enterprise i ratuje dupsko szpiczastouchego. Przygoda się dopiero zaczyna.
W innym miejscu poznajemy małżeństwo, którego córka jest nieuleczalnie chora, wszelka nadzieja dawno umarła, ale pojawia się pewien mężczyzna, nazwijmy go Khan. Jak wiele byście zrobili, aby uratować życie dziecka? Okazuje się, że wszystko. Dzień później w archiwum gwiezdnej floty wybucha bomba. Setki rannych i dziesiątki zabitych okazują się początkiem prywatnej wendetty Khana.
Facet jest fenomenalny, nie dość, że jest diablo odporny, to także wyjątkowy z niego strateg. Celem kolejnego ataku staje się kwatera Federacji podczas zebrania wszystkich najważniejszych osób. Atak kończy się masą trupów i nałożeniem wyroku śmierci na Khana. To wyjątkowa sytuacja, bowiem nigdy nie zdarzyło się, aby międzygalaktyczna rada podejmowała tak pochopne decyzje o uśmierceniu jednej osoby. Przestępca postanawia się schronić w sektorze, który broniony jest przez obcą rasę, a wtargnięcie w jego granice wysłanników Ziemi może doprowadzić do ogromnego konfliktu zbrojnego. Pomysł fantastyczny, bo atakujący zastanowią się czy warto iść po oprycha, aby ryzykować życie milionów ludzi? Grupa Kirka postanawia jednak wkroczyć na teren potencjalnego nieprzyjaciela.
Historia opowiedziana w “ST: Into Darkness” nie jest jednoznaczna. Nie każdy jest tym, kim się wydaje. Bardzo szybko część z nas zapała sympatią do Khana, bo okaże się, że ma on swoje powody, aby zachowywać się jak skończona pała. Swoją drogą Benedict Cumberbatch, zamiast rozbijać się w kosmosie lub po Śródziemiu zająłby się kręceniem kolejnego sezonu Sherlocka! Film jest efekciarski, ale widać, że ugrzeczniony i to wręcz na siłę. Fazery zawsze ustawiamy na ogłuszanie, a większość zabitych to ofiary bomby Khana. Będzie moralizatorsko, a czasem nawet cukierkowo. Nie jest tragicznie i spokojnie możemy wysiedzieć dwie godziny w kinowym fotelu.
