ON:

O tym, że uwielbiam horrory i lubię się bać – pisałem już niejednokrotnie. Jeszcze bardziej cenię sobie filmy, w których nie ma dobrych zakończeń, a dzieciaki są na tyle głupie, aby się pchać w paszczę wszystkim tym mordercom i psycholom, bo one po prostu same proszą się o łomot. Nie ukrywam, że lubię także takie filmy, gdzie konwencja horroru przeplata się z czarną komedią jak było np. w „Armii Ciemności” – czasem po prostu trzeba popatrzeć na te wszelkie stwory z przymrużeniem oka.

O „Domu w głębi lasu” słyszałem już jakiś czas temu, ale nie było dane oglądać go na kinowym ekranie. Dopiero premiera DVD pozwoliła mi się zapoznać z tym oto dziełem. Wszystko jest jak w każdym przeciętnym, amerykańskim filmie: grupa nastolatków jedzie do opuszczonego domku w głębi lasu, gdzie mają zamiar przebalować weekend. Dwie dziewczyny i trzech kolesi pakuje dupy do campera i odjeżdżają w siną dal. W tym czasie na dachu domu, w którym mieszkają dziewczyny, przesiaduje jakiś koleś ze słuchawką w uchu i informuje centralę, że potencjalne ofiary już jadą. O co kurde kaman? Specjalnie nie czytałem żadnych recenzji i spojlerów, bo chciałem naprawdę się zdziwić, gdyż słyszałem o filmie wiele pochlebnych opinii.

Dobra, mamy jakiś ośrodek z naukowcami, którzy widzą wszystko co dzieje się w domku. Cały teren otoczony jest jakimś dziwnym polem ochronnym, a imprezowicze są niczeg-nie-wiedzącymi ofiarami. Tylko czego? Eksperymentu? Chorej zabawy? Wyjaśni się to w kolejnych minutach filmu. Jak to bywa w każdym horrorze, będzie laska co łatwa jest jak zabranie dziecku cukierka, mamy sportowca, kujona, zwyczajną pannę i kolesia kochającego zioło. Pod względem horrorowego schematu film nie wnosi nic do gatunku. Od początku wiadomo będzie  jakiej kolejności i kto zginie, ale… No właśnie jest małe ale. Po pierwsze, w film wpleciono kilkanaście naprawdę śmiesznych scen, które potrafią oderwać na chwilę od wpatrywania się w kolejne litry krwi. Poza tym, historia okaże się mniej przeciętną niż by się wydawało, bo za całą dziwną sprawą i trupami pojawiają się… Właśnie, że nie powiem. Jeśli chcecie to wiedzieć musicie sprawdzić to sami.

Ja osobiście filmem jestem zachwycony, mimo tego, że nie siedziałem na nim jak na szpilkach. Czasami wręcz dosłownie ryczałem ze śmiechu (scena z małą żabką). Nie uważam, że ten film nie wpasowuje się gatunek horroru. To, że zrywa z konwencją, że wszystko jest przekoloryzowane i przesadzone, jest fajną odskoczną od klasycznych slasherów. No i jeszcze scena z Trytonem jest świetna, i jednorożec też daje radę. Dla mnie nowy klasyk po „Armii Ciemności”. Polecam, najwyżej mnie później ochrzanicie.

ONA:

Wygląda na to, że powoli, acz intensywnie, rozochacam się jeśli chodzi o kino typu „A fuuj”. Do tej pory zachodziłam w głowę po co w ogóle takie filmy są tworzone. Do tego one zawsze, ale to zawsze, bazują na tym samym sznycie: odosobnienie, psychol, krew, flaki i coraz ciekawsze sposoby uśmiercania. Za cholerę nie umiałam dojść do tego, po co ludzie takie kino oglądają i jak bardzo trzeba mieć zrytą głowę, żeby świadomie chcieć się bać. Potem przeczytałam, że podczas zaangażowanego oglądania filmu typu „A fuuj” można spalić nawet 200 kalorii – teraz już wiem. Co innego jeśli chodzi o filmy „psychologiczne”, w których też gdzieś od czasu do czasu przeleci jakiś bebeszek. Gdzieś kiedyś przeczytałam, że takie kino powstaje po to, żebyśmy mogli „wczuć się” w daną patologiczną sytuację. Cóż, ja mam 100% pewność, że byłabym pierwszą ofiarą psychola, bo zwykle zaczyna się od tych najsłabszych psychicznie, od tych pozbawionych instynktu samozachowawczego…

„Dom w głębi lasu” to film typu „A fuuj”, ale zaskoczył mnie niebywale. Ba, mimo jego ogromnych niedoróbek, błędów i płytkości stwierdzam, że chyba nawet mi się podobał! To mnie osobiście przeraża, ale ten film jest inny. To połączenie komedii, ale nie takiej durnej, z wymiocinami i sraniem, tylko po prostu – śmiesznych momentów, z filmem grozy, gdzie faktycznie mamy walkę o życie. Grupa młodych osób wybiera się na weekendowy odpoczynek do chatki w lesie. Drewniana chałupka oczywiście jest w oddalonym od świata miejscu, gdzie dochodzi jedna droga, nie ma sąsiadów, nie ma sklepów, a cywilizacja zaczyna się i kończy na toalecie. Bla, bla, bla… No ale jadą. Zestaw cech charakteru również jest bardzo „typowy”: sportowiec z kompleksem samca alfa, niunia, koleś, który nie rozstaje się ze swoim zestawem jointów, nieśmiała dziewczyna i jeszcze jeden chłoptaś, bardziej jajogłowy mózgowiec. I podczas gdy nasza fantastyczna piątka zaczyna gościć się w domku, zmieniamy scenerię. Widzimy „laboratorium”, punkt dowodzenia czymś, może kimś? To „biuro” wypełnione jest nie tylko ludźmi, ale i monitorami, guzikami. Widać, że ekipa intensywnie nad czymś pracuje. A gdy na monitorach zobaczymy naszą piątkę w drewnianym domku, to wszystko jest już jasne. Ale jednak!

Do pewnego momentu byliśmy przekonani, że to kolejny, typowy film, w którym po kolei w bardziej lub mniej subtelny sposób, giną kolejni bohaterowie. Oczywiście, jedna osoba przeżyje tylko i wyłącznie po to, żeby nagrać drugą część, w której najpewniej umrze. Ale ten film jest inny. Cała pokręcona fabuła bazuje na niezłym pomyśle. Mamy eksperyment, który oczywiście wymyka się spod kontroli… Mamy różne osoby, różne charaktery, różne funkcje. A gdzieś w oddali mamy grupę osób, które bawią się w bogów, napędzając jednocześnie perfekcyjną machinę, gdzie każdy szczegół jest zaplanowany, obmyślony, wyreżyserowany. I wtem – historia zmierza ku końcowi. Na ekranie pojawia się Sigourney Weaver, która nie starzeje się od ostatniej części „Obcego” i która wyjaśnia o co chodziło. Napisy końcowe, zerkam na Dawida, on na mnie. O kurde, to było dobre!

Jeśli ktoś ma ochotę na taki miks, przy którym można i pośmiać się, i przestraszyć – „Dom w głębi lasu” będzie dobrym wyborem.