ONA:
Są takie filmy, które ogląda się w ciszy – szczególnie w kinie. Nikt nie wpierdala kukurydzy, nie siorbie cukrzycy z gazem, nie widać zaświeconych ekranów komórek. Nie słychać śmiechu, ani komentarzy. Jest cisza. I wczoraj widziałam jeden z takich filmów. Jest nim „Diana”.
Idąc na premierę nie miałam za sobą zbyt wielu komentarzy na temat tego filmu – dlatego właśnie uwielbiam widzieć coś, zanim zobaczą to inni. Nie jestem „napiętnowana” opiniami, z którymi na ogół się nie zgadzam. „Diana” to film, na który pójdą do kina kobiety i właściwie, zmuszanie posiadaczy penisów do seansu, może być bezsensowne. Lepiej pójść z mamą, babcią, czy koleżankami. Dlaczego? Bo to ckliwy melodramat…
Zacznę od banałów. Pamiętam jakby to było dziś wydarzenia z nocy 31 sierpnia 1997 roku. Miałam raptem 11 lat, a moją ulubioną postacią historyczną była Elżbieta I Tudor. Przez tego rudzielca zafascynowałam się totalnie historią monarchii brytyjskiej i przyznam szczerze – ta fascynacja trwa do dziś (spokojnie, spokojnie – Windsorami się tak nie jaram). Jednak śmierć Diany zapadła mi w pamięci, bowiem była pierwszym „wydarzeniem”, w którym ja mogłam „uczestniczyć”. Siedziałam u dziadka przed telewizorem (bo miał BBC) i ze skupioną miną próbowałam zrozumieć to, co zapłakana prezenterka do mnie mówi. Tyle, jeśli chodzi o prywatę. Wczoraj mogłam przeżyć to raz jeszcze, tylko z „drugiej strony”. Film „Diana” to nie jest 100% biograficzna produkcja. Wykorzystane są w niej pewne fakty, pewne postacie, pewne wydarzenia, natomiast cały sens jest wyłącznie „wyobrażeniem” tego, jak ostatnie 2 lata z życia księżnej Walii mogły wyglądać, z naciskiem na jej miłosne „losy”. Szczególnie jej miłości do pewnego pakistańskiego chirurga – Hasnata Khana.
Film jest „zapiskiem” ich burzliwego związku, od przypadkowego spotkania, przez pierwsze randki, po planowanie wspólnej przyszłości, ze spektakularnym rozstaniem na końcu. Oliver Hirschbiegel – reżyser tej produkcji (znany między innymi z „Upadku”), wraz ze scenarzystą Stephenem Jeffreys’em (który prawie zupełnie nie ma dobytku filmowego) mieli ciężki orzech do zgryzienia. Jak przedstawić losy kobiety, która w pewnym momencie była „Numerem 1” na całym świecie? Na czym się skupić? Na ile opierać się na faktach, a ile pozostawić widzom do „wyobrażenia” i „dopowiedzenia” sobie? Moim zdaniem – dali radę. „Diana” to dzieło, które zaskakuje – jak na biografię opartą na historii, którą zna każdy. Wygrzebanie niezbyt znanego „kochanka” to pierwszy plus. Mama właśnie czyta bio księżnej, w której nie ma ani słowa o nim, a ja poszperałam w sieci i większość artykułów ma tegoroczną datę. Autorzy pokazali nam dworskie, królewskie życie od wewnątrz, dając nam możliwość przekroczenia intymności bohaterów, pokazując ich codzienność, taką zupełnie od kuchni. Czy tak faktycznie wyglądały dni Lady Di? Ciężko powiedzieć, ale z pewnością jest to „wiarygodny” obraz. Jeśli zaś chodzi o samą kreację głównej bohaterki, to ukazana została ona jako kobieta o kilku twarzach. Z jednej strony w tych czasach ciągle była „potencjalną” królową, z drugiej – już prawie rozwódką, która pragnęła ponownie kochać i być kochaną. Z jednej strony była osaczona przez fotoreporterów, którzy śledzili jej każdy krok – aż do samego końca, a z drugiej – sama do nich dzwoniła, by wskazać im miejsce, w którym aktualnie się bawiła. Trochę modliszkowato-wyrachowane tendencje mieszały się z jej miłością i potrzebą pomagania, ale w filmie pokazane jest to z nieco innej strony. Niekoniecznie kryształowo czystej. Diana – kobieta, której w jednej chwili jest nam żal, by potem w duchu powiedzieć sobie „A to piczon!”. Jak było naprawdę? Nie ma szans, by ktoś tak wielowymiarową postać umiał łatwo zdefiniować. Była cwana i pomysłowa, była odważna, ale i przepełniona wątpliwościami.
Fabuła filmu jest bardzo ciekawa. Oglądałam ją z zapartym tchem, a te dziesiątki minut leciały bez poczucia czasu… Autorzy zastosowali bardzo ciekawy chwyt, ujmując początek i koniec dzieła w jedną klamrę – ta sama scena nas wita i żegna, a wzdłuż mojego kręgosłupa poleciał lodowaty dreszcz… Panowie postawili na kilka „aspektów” z życia Di, uwydatniając szczególnie jej skrywany romans z kardiochirurgiem i pokazując swoje wyobrażenie na ten temat, pozostawiając całą resztę w tle. Nie ma tu zbyt wiele stricte windsorowskich perypetii, ograniczone są one do niezbędnego minimum, wypełniającego tło filmowe. Bardzo podobała mi się scenografia i kostiumy. Nie wiem ile było w tym premedytacji, a ile przypadku, ale co chwilę zderzano ze sobą to co drogie, bogate (i we wnętrzach, i np. w sukniach głównej bohaterki), z tym co skromne, zwykłe i przeciętne. Natomiast jeśli chodzi o minusy, to mam jeden – gigantyczny. Nie rozumiem zachwytów nad Naomi Watts w roli Diany. Moim zdaniem zupełnie nie odnalazła się w tej roli, ani fizycznie, ani „psychicznie”. Takie to wszystko było fałszywe i naciągane.
Podsumowując: ja nie żałuję absolutnie. Jako fanka biografii różnego rodzaju, połknęłam ten film „na raz”, zatracając się w nim. Trochę zbyt ckliwie, ale cóż – widać tak miało być. Ze dwie łezki spłynęły mi po policzku, ale that’s all folks.
