Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

The Brothers Grimm

ONA:

Moją ulubioną „baśnią” jest od ponad 2 dekad „Alicja w Krainie Czarów”. Kiedy pierwszy raz przeczytano mi ją (a potem wracałam do niej ekstremalnie często), wszystkie „Kopciuszki”, „Jasie i Małgosie” i cała reszta wydawały mi się błahe i nudne. Przygody Alicji wciągnęły mnie na dobre… O dziwo do samego „gatunku” wróciłam bardzo późno, bo dopiero na studiach. Czas dzieciństwa wypełniał mi „Pulp Fiction” i „Die hard”, więc sami rozumiecie… I mając solidnie ponad dwie dychy, nagle musiałam zapoznać się z dziełami Andersena i braci Grimm. Co by ze mnie była za nauczycielka, bez znajomości klasyków…

Dlaczego o tym piszę? Bo kilka dni temu do „twórczości” braci Grimm wróciłam ponownie, ale tym razem nie była to ani baśń, ani żadna jej ekranizacja, a filmowa wersja „biograficzna” – z Mattem Damonem i Heathem Ledgerem w rolach głównych. Idea produkcji była szalenie ciekawa, bowiem ukazuje ona braci jako cwanych hochsztaplerów, którzy potrafili wykorzystać naiwność wieśniaków, ponad wszystko wierzących w zabobony. Bracia Grimm przy pomocy odpowiednich „sztuczek” i spreparowanych dowód, za odpowiednią opłatą – oczywiście, wypędzali wściekłe czarownice, demony, duchy. Działania te przyniosły im nie tylko niemałe bogactwo, ale i nie lada sławę! Ale wszystko co dobre, prędzej czy później musi się skończyć. Bracia, postawieni pod murem, w końcu musieli stanąć przeciwko prawdziwym, a nie wyimaginowanym problemom. I właściwie to mogłaby być przyjemna robota, bo w rolę „wiedźmy” wcieliła się Monica Bellucci, ale wcale tak nie było…

Od jakiegoś czasu „modne” jest przywracanie takich postaci, takich historii, ale z dodatkiem mroku i zła. Abraham Lincoln walczył z wampirami, a Królewna Śnieżka okazała się całkiem zawziętą laską, nie wspominając już o Hanselu i Gretel, którzy specjalizowali się w zabijaniu czarownic na wiele sposobów. I te trzy filmy, o których przed chwilą napisałam, były nawet fajne. Dobrze się to oglądało, było dynamicznie, a zło i mrok wylewały się z ekranu. W przypadku „Nieustraszonych braci Grimm” było hmmm… szukam dobrego słowa, które będzie wystarczająco adekwatne. Cóż. Było żałośnie. Nie pomogła ani solidna kasa, wyłożona na ten projekt (czego niestety nie widać), ani obsada z najwyższej półki. Miało być i zabawnie, i strasznie, a wyszło nudno. Moje oczekiwania może nie były jakoś wybitnie ogromne, ale zanim zaczęłam oglądać to „dzieło”, spodobał mi się pomysł – najsłynniejsi bajkopisarze świata w rolach oszustów, bo jak to inaczej nazwać… Ale potem było już coraz gorzej. Skretyniali wieśniacy, zło w postaci pięknej królowej, która „wysysa” młodość z dzieci, dzielna dziewczyna, która pomaga głównym bohaterom – to wszystko już BYŁO! Wypełnienie kliszy filmowej ogromną ilością frazesów, to żadna sztuka…

„Nieustraszeni bracia Grimm” to film słaby i nudny. Męczy. Nie ma w nim za grosz pozytywów. Fabuła jest słaba, gra aktorska godna pożałowania, scenografie wyglądają sztucznie, jakby całość kręcona była w nędznym studio. Nie warto.

ON:

Filmy fantasy dla dorosłych są czymś, co oglądam bardzo chętnie. Znane dobrze baśnie przełożone na brutalne obrazy zrozumiałe dla dorosłych to coś, co pozwala nam na nowo poczuć się dzieciakami, ale takimi, które bardzo dobrze zdają sobie sprawę z tego, jak chore jest życie i otaczająca nas rzeczywistość. Była „Koralina”, był „Jaś i Małgosia”, przyszedł czas na „Nieustraszonych braci Grimm”.

Oj wielki jest mój zawód po seansie, który trwał ponad 100 minut. Baśń w reżyserii Terry’ego Gilliama opowiedziana jest bez ładu i składu, pełna papierowych postaci i stworów, które nie straszą. Wszystko się ciągnie i nie trzyma zupełnie kupy.

Dzieło zaczyna się sceną mającą miejsce gdzieś w przeszłości. Zima jak fiks, w chałupie matka z chorą córą i starszym bratem. Młody poszedł sprzedać krowę, bo trzeba kasę na lekarstwa. Gdy wrócił to zamiast pieniędzy, przyniósł garść fasoli. Nie byle jakiej fasoli, bo MAGICZNEJ! Tak oto kilkanaście lat temu rozpoczął się konflikt pomiędzy braćmi Grimm. Uraz trzymany w sercu przez lata jest jednak słabszy niż braterska miłość. Czasem wyjdzie on na powierzchnię i wtedy padają mocne, przykre słowa, ale po burzy zawsze przychodzi słońce. Po tych kilkunastu latach panowie wpadają na genialny pomysł. Na życie można zarabiać w dwojaki sposób. Można się narobić jak wół lub skorzystać z tego, co ma się pod czaszką. Bracia wybrali ten drugi sposób. Wystarczyło zabazować na zabobonach, ludzkich przesądach i wierzeniach. W ten sposób powstał bestiariusz pełen czarownic, utopców i innych cholerstw, przed którymi trzeba chronić ciemnogród. Przygotowania i eksterminacja tanie nie są, ale ludzie zapłacą każdą cenę za to, aby w ich okolicy żyło się spokojnie i bezpiecznie. Plan zawsze wygląda tak samo. Pojawiają się w miejscu o którym krążą straszne opowieści. Potem badają sprawę, zbierają dane, zawiązują umowę z mieszkańcami i zabierają się za egzorcyzmy. Oznacza to, że po prostu robią niezłe show. Czarownica jest kukłą, zbroje i tarcze wyglądają gorzej niż z przenośnego bazaru itd. Lecz to kuglarstwo wystarcza dla ludu. Każda z historii może zawierać ziarnko prawdy, dlatego młodszy z braci Jacob spisuje je w swojej księdze. To chyba ona kiedyś przerodzi się w sławne baśnie.

Pewnej nocy, po hucznym oblewaniu kolejnego zwycięstwa, bracia egzorcyści i bajarze zostają zatrzymani przez lokalnego, pełnego ambicji władykę. Za oszustwa i naciąganie ludzi, wydaje on wyrok śmierci na braci Grimm. Pojawia się jednak pewna alternatywa. Bowiem gdzieś na drugim końcu kraju, ktoś popełnia ten sam przestępczy proceder. Nasza dwójka bohaterów ma tylko ujawnić kto z nim stoi. Banalne wręcz zlecenie.

Szkoda mi jechać po filmie, który wyszedł spod rąk reżysera mającego na swoim koncie takie dzieła jak „Las Vegas parano”, „Fisher King” i całą masę klasyków z lat 80-tych. Niestety, nie widać w nim nic z ręki mistrza. Szkoda, bowiem po odpowiednim dopieszczeniu, mogła to być świetna opowieść. Moim zdaniem można sobie darować.