ONA:
Aileen Wuornos istniała naprawdę. Urodziła się w dzień, który istnieje tylko co 4 lata, a 46 lat później otrzymała zastrzyk, który skończył jej żywot. Historia jej życia była na tyle „interesująca”, że reżyserka i scenarzystka, Patty Jenkis, postanowiła przełożyć ją na język filmowy i wyszło z tego niezłe dramacisko. Ale po kolei…
Od razu Wam powiem, że jeśli liczycie na produkcję o seryjnej morderczyni, stworzoną tak, jak typowe kino z takim „piętnem”, to będziecie zawiedzeni. Tu trupy padają pobocznie, a autorka tego dzieła skupia się przede wszystkim na tym co dzieje się z główną bohaterką. Zwykle, gdy mamy do czynienia z taką tematyką, film bardziej bazuje na samym zabijaniu, a powody i przyczyny traktowane są pobieżnie, gdzieś z 3go planu, natomiast w „Monster” jest nieco inaczej. Aileen (Charlize Theron) od małego żyła w świecie marzeń. Chciała być piękną aktorką, ale niewiele z tych marzeń udało się zrealizować. Właściwie: nic. Minęły lata. Naszej bohaterce nie przybyło ani urody, ani wdzięku, ani sukcesu, a życie wypełniło się prostytucja (w jej świecie walutą jest sex oralny), bez większych perspektyw, na skraju lumpostwa. I kiedy coraz więcej samobójczych myśli krążyło po jej głowie, wtedy poznaje Selby (Christina Ricci) Postanawia wywrócić swoje życie do góry nogami, bo najzwyczajniej zapragnęła stabilizacji u boku kobiety, którą pokochała. I wtedy pada pierwszy trup…
„Monster” nie należy do dramatów, które są „ładne”. Nie. Ten film jest odpychający, odrażający i ohydny. Podejrzewam, że w słowniku jest jeszcze kilka przymiotników zaczynających się literą „O”, które tu by pasowały. Nie ma w nim nic, co mogłoby satysfakcjonować i pieścić oko, ale to w ogóle nie wpływa na „oglądalność”. Bo ten film jest naprawdę niezły i obrzydliwy. Ludzie są obrzydliwi. Ich zachowania i relacje są obrzydliwe. Miejsca są obrzydliwe. Słowa są obrzydliwe. Nawet Charlize Theron, jedna z najpiękniejszych aktorek, które kiedykolwiek grały w filmach, jest obrzydliwa. Brudna, zaniedbana, z rozpaczliwą figurą, w okropnych ciuchach, z łiskaczem w jednej ręce i z kiepem w drugiej. Jest nie do poznania. Jej postać to kobieta, która od najmłodszych lat miała tragiczne doświadczenia z facetami. Paradoksalnie – ale o tym później. Gdy była rozkosznym dzieciakiem, dopadł ją „wujek”. W ojcu nie za bardzo miała oparcie. A potem zauważyła, że mimo słabej urody, potrafiła facetów wykorzystać. Temu za 5 dolców pokazała cycki, temu za dychę zrobiła loda… Potem poleciało niczym lawina. Po drodze pojawiła się przemoc, gwałty… Frustracja Aileen rosła z dnia na dzień. Ta kobieta była po prostu wkurwiona na wszystkich przedstawicieli posiadających penisy. Coś postanowiła. Postanowiła sobie ulżyć, pakując w delikwentów odpowiednią ilość śrutu.
Filmów o nieszczęśliwych kobietach, które postanawiają wymierzyć sprawiedliwość, jest wiele. Ten nie ujmuje wybitnością, nie jest odkrywczy, ale Theron miażdży w nim mózg. Jest autentyczna. Jest dramatyczna. Jest przebrzydka i totalnie skrzywdzona. Film ma klimat. Mrok, naturalizm, ciężki klimat podbity muzyką. Wracam do tej produkcji co jakiś czas, aczkolwiek nie wywraca mi bebechów na lewą stronę. Film jednej aktorki.
