ONA:

Pewne historie po blogach krążą falowo. Na przeciętnym, blogu parentingowym trwa wieczna walka o chusty, szczepienia lub karmienie piersią. Na blogach kosmetycznych – chwalenie się kolejnymi współpracami z renomowanymi markami typu Be Beauty. Jak nie wiecie co to za firma – odsyłam Was do Biedy. W tematyce lajfstajlowej jak zwykle – same ochy i achy, rozważania egzystencjalne, seksualne i do tego ranking burgerowni. Na blogach technologicznych szaleństwo przez kolejne Smart Watche. A co dzieje się aktualnie w tej części, która zajmuje się filmami? Ano wszyscy sikają z powodu filmu debiutanta – Damiena Chazelle. A co my o tym wszystkim myślimy? Zaraz się przekonacie.

„Whiplash” opowiada o dość problemowej i bardzo trudnej relacji między mistrzem a uczniem. To również historia o ambicji i dążeniu do celu. Jest to produkcja szalenie intensywna i naładowana ogromem emocji, przy czym nie ma tu mowy o ckliwości. To jeden z tych filmów, które są kamieniami milowymi w kinematografii. Zapytacie: „Co jest w tym dziele takiego?” Nie ma tu ani wybitnych efektów, a Chazelle postawił wszystko na duet dość przeciętny – patrząc na filmowe résumé obu aktorów. Zatem o co chodzi?! Ano – jak się okazuje – o całość. „Whiplash” to dzieło, w którym najważniejsze są trzy elementy: relacje, emocje i muzyka. Całość, pomimo perfekcyjnego wykonania, wypełnia tło. I to jest najciekawszy zabieg: coś, co zwykle jest na drugim planie, w tej produkcji wychodzi na front. To właśnie czyni film Chazella takim wyjątkowym dziełem, obok którego nie można przejść obojętnie… A wszystko zaczyna się w najlepszym amerykańskim konserwatorium muzycznym, gdzie uczy się dziewiętnastoletni Andrew (Miles Teller – chyba po raz pierwszy w dziele ambitniejszym).

Andrew zafascynowany jest grą na perkusji. Marzy mu się kariera wielkiego muzyka, który wryje się w historię. Marzy mu się sława, podziw i właściwie robi wszystko, żeby do tego dojść. Oczywiście, jest świadomy swoich umiejętności, co zresztą regularnie podkreśla. I podczas zwykłych ćwiczeń w pustej sali spotyka pewnego faceta. Krótka wymiana zdań, mały popis umiejętności i tyle. Ale drogi obu mężczyzn krzyżują się ponownie. Tym starszym jegomościem okazuje się być genialny muzyk i nieco kontrowersyjny nauczyciel – Fletcher (J. K. Simmons – moim zdaniem w roli życia). Proponuje on młodemu miejsce w swoim jazzowym zespole. Andrew sika w majtki z radości. I wtedy Fletcher pokazuje swoje prawdziwe oblicze – perfekcjonista z niewyparzoną gębą i z tendencją do sadyzmu. Muzyk chce tylko idealnych dźwięków. Reszta, a szczególnie ludzie, to niby potrzebne, ale niewiele znaczące elementy – każdego można wytresować i wymienić.

Nasz młody bohater jest pełny determinacji. Nie chce zawieść siebie, ale przede wszystkim chce udowodnić nauczycielowi, że jest wyjątkowy, że jego talent i umiejętności warte są wszystkiego. Tylko Fletcher to skurwysyn pierwszej klasy, ale o tym przekonacie się sami.

Czy warto? Oj tak. 2015 zaczynamy konkretnym uderzeniem, chociaż film Chazella światową premierę miał rok wcześniej (jakbyśmy byli jakimś pieprzonym trzecim światem!). To dzieło miesza, psuje głowę i jest bardzo dobrze zrealizowane. Tak jak pisałam wcześniej: tu najważniejsze są relacje – cholernie trudne, emocje – bardzo zróżnicowane i muzyka, która dla laika jest gotowym dziełem, a dla znawcy, dla rzemieślnika – po prostu pracą, często diabelnie ciężką. Bardzo ważne jest to, by podkreślić dwóch głównych aktorów: Tellera i Simmonsa. Panowie stworzyli zupełnie inne kreacje, ale są one wyjątkowe. Porównałabym Simmonsa do Christopha Waltza, bo panów łączy to, że po latach słabych w końcu w ich karierach pojawił się przełom. Simmons za rolę Fletchera zgarnął kilka dni temu Złoty Glob i jest też jednym z faworytów w pojedynku o tę najważniejszą nagrodę. Szczerze mu tego życzę, bo zasłużył. Zagrał tak cholernie dobrze, że każdy z nas może czuć się jak Andrew – z absolutnym rozchwianiem emocji.

„Whiplash” to nie jest film, którego „można” zobaczyć. Jego należy zobaczyć!!!

ON:

Mało jest filmów muzycznych, które wywarły na mnie duże wrażenie. Uwielbiam „The Wall”, kocham wręcz „Sławę” i „Footloose”. Można powiedzieć, że na tym kończy się moje uwielbienie pozycji związanych z muzyką. Oczywiście znajdą się i inne dzieła, ale… Paulina bardzo, ale to bardzo chciała obejrzeć „Whiplash”. Moja wiedza na temat tego dzieła była znikoma, lecz koniec końców dałem się namówić na seans. Ohh….

„Whiplash” urywa dupę. „Whiplash” jest niesamowity i niepoprawny. „Whiplash” zaliczam do najlepszych filmów muzycznych jakie widziałem. Wszystko dlatego, że to opowiada on o pracy u podstaw. U podstaw muzyki i u podstaw grupy muzycznej. Mogę śmiało wysnuć tezę, że w pewnych kręgach muzyka staje się częścią człowieka albo to człowiek zbudowany jest z muzyki. Dźwięki wypełniają nasze ciało, serce wybija rytm, krew szumi w  skroniach, mięśnie drgają jak struny gitary. Nuty są częścią, życia wielu osób. Niektórzy z nas nie potrafi wyobrazić sobie dnia bez kilku odsłuchanych piosenek, ja nie potrafię sobie go wyobrazić bez kilku albumów. Jest jeszcze jedna kategoria osób – ci związani z muzyką na co dzień. To artyści, muzycy, grajkowie. Niezależnie jak ich zwać, to każdy z nich poświęca ogromne ilości czasu oraz zdrowia na dochodzenie do perfekcji. Każdy młody artysta marzy bo zostać nowym Wilsonem, Armstrongiem, Charlesem. To droga przez pot i łzy, przez krew, wyrzeczenia i pokonywanie granic. Gdy raz się w niej zatracimy, to możemy przekroczyć ostatni most, z którego nie da się zawrócić. Wielu absolwentów najlepszych uczelni muzycznych kończy nie tylko z gnieciuszkami na palcach, które pojawiają się po godzinach ciężkiej pracy, ale także z rozpierdzieloną psychiką, której posklejanie jest trudne, a czasem niemożliwe.

O czym jest „Whiplash”? O młodym muzyku. Chłopak ten ma na imię Andrew. Wychowuje go ojciec, ponieważ matka zostawiła go, gdy ten miał kilka latek. Grajek jest swoistym samoukiem, bowiem nikt w jego rodzinie nie grał nigdy na żadnym instrumencie. Ciężka praca i zamiłowanie do perkusji pozwoliły mu na rozpoczęcie nauki na prestiżowej uczelni. Szkołę tę można ukończyć na dwa sposoby. Pierwszy to zwykła praca, która doprowadzi cię na stołek w filharmonii lub innej orkiestrze. Drugi wiąże się z braniem lekcji u profesora Fletchera. Kim jest ten jegomość? To psychopata, który jest tak samo dobrym sztukmistrzem muzycznym, jak i sadystą. W jego zespole znajdują się najlepsi, ci których sam wybiera i naznacza. Pewnego dnia Fletcher odnajduje salę, w której ćwiczy Andrew. Ich drogi się spotykają. Od tego momentu życie młodego muzyka nie jest już takie, jak było dotychczas.

„Whiplash” to uderzenie w werbel, stuknięcie w talerz, to trąbka i puzon, fortepian i bass. „Whiplash” to rytm szkoły, serca, ulicy, straconych nadziei, straconych miłości, krwi na instrumentach. „Whiplash” to także praca, nieprzespane noce, marzenia i mary, to łysy psychol kochający muzykę najbardziej na świecie, to młody chłopak, który chce być najlepszy. „Whiplash” to…