ON:

Jest rok 1986, mam 6 lat, chodzę do zerówki, a na kinowych plakatach pojawia się twardy i praktycznie niezwyciężony Marion Cobretti – gliniarz, który działa w taki sposób, w jaki nie działa nikt o zdrowych zmysłach. Facet stoi na czerwonym tle, w lewej ręce trzyma karabin, w ustach cały czas pogryziona zapałka, na nosie lotnicze bryle. Nad nim napis: „Crime is a disease. Meet the cure”. Czas na jeden z większych obok „Rambo”, „Commando” czy „Rocky’ego” hitów lat 80/90, czas na „Cobrę”!

Amerykańskie centrum handlowe, lata 80-te. Na parkingu pojawia się kolo na motorze, włazi do sklepu, po czym wyciąga gnata i zaczyna strzelać do wszystkiego jak leci. W końcu rozwala jakiegoś faceta. W tym czasie policja zdążyła już obstawić sklep, oddział specjalny porozstawiał się po dachach – czekają. Ktoś wreszcie wpada na pomysł, aby wezwać „Cobrę”, bo taką ksywkę nadano Cobrettiemu. Pewnie dlatego, że jest szybki i bezwzględny jak ona. Dla niego nie ma kompromisów, a każdy kryminalista na jego imię trzęsie gaciami. No, może nie każdy, ale kilku na pewno. Cobra wpada do sklepu i z wielką gracją rozwala bandziora. Właściwie to można powiedzieć, że robi z niego małe sitko. Po udanej akcji ma jeszcze tylko mały zatarg z lokalnymi dziennikarzami, którzy uważają, że jest on sędzią i katem w jednym, ale Cobretti ma to daleko w tyłku i jedzie do mieszkanka. Trzeba przyznać, że nie jest może ono jakieś wielkie, ale ma swój styl. Przed domem daje jeszcze lekcję pokory okolicznym meksykańcom, a później w ciszy swoich czterech ścian konsumuje pizze i ogląda telewizor. W wiadomościach po raz kolejny pojawia się informacja o rzeźniku, który w bardzo brutalny sposób kaleczy i zabija swoje ofiary. Do tej pory na jego koncie pojawiło się 16 trupów i pojawią się pewnie kolejne. Marion jako jedyny ma teorię, iż morderców jest więcej niż jeden, ale nikt nie chce słuchać jego słów. Cóż, jeszcze się okaże kto tutaj miał rację. W innej części miasta grupa kilku oprychów, rozwala nieświadomą niczego kobitkę, świadkiem zbrodni jest blond modeleczka „Ingrid”, której kariera ogranicza się do pozowania wśród dziwnych, zrobionych z blachy robotów. Oczywiście, jest to koniec lat 80-tych, więc kicz jest wskazany. Dziewczyna nawet nie zdaje sobie sprawy w jakim jest niebezpieczeństwie, bo morderca ma swoje wtyki gdzie trzeba i dość szybko zlokalizował jej osobę po numerze rejestracyjnym. Atak na nią ma miejsce w podziemnym parkingu i kończy się dwoma trupami – jej fotografa (notabene głupiego fiuta) oraz pana ochroniarza, który w bohaterski sposób został przygwożdżony do drzwi windy. A teraz pytanie za 100 pts. Kto będzie musiał zaopiekować się wystraszoną blond jałówką, no kto? Zgadliście – twardziel z policji.

Film jest oklepany, prosty i przewidywalny, ale dla każdego, kto urodził się w latach 80-tych to wielki klasyk, którego nic nie jest w stanie zniszczyć. Tak sobie ostatnio go przypomniałem, w ramach chwilowej odskoczni od codziennego użerania się z klientami i co mi się rzuciło w oczy. USA ’86 rok, i pizza na wynos to normalna, a gdzie wtedy była Polska? W wielkiej, czarnej dupie, a na wynos to można było sobie z domu do roboty w słoiku zupę zabrać. Ale nie rozkopujmy starych ran, na zachodzie mieli się dobrze i do nas do Polski czasem coś skapnęło. A co do „Cobry” to jest to klasyk, jakich mało. Warto, aby zobaczyć jak wyglądało amerykańskie kino tamtych lat.

PS. Scenariusz na podstawie książki „Czysta gra” napisał sam „Sylwek Staowy”.