ONA:

Pierwsze scena. Jadący spokojnie autobus jest jedynym środkiem lokomocji, który sunie po asfalcie. Podróżują nim jakieś bezimienne osoby, a wśród nich ona – długowłosa kobieta z idealnie niebieskimi oczami i sukienką w tym samym kolorze. W rękach trzyma notatnik i knuje, myśli, zastanawia się. Ujęcie się zmienia. Widzimy kartkę, na której bohaterka zapisuje kilka liter, składających się na wyraz „albinos”. Spokój podróży przerywa zapowiedź kolejnego przystanku. Kobieta wychodzi z pojazdu, a nam w oczy rzuca się ciemne puzderko, mocno kontrastujące z błękitnym tłem. Aparat… Czy zatem nasza bohaterka jest fotografką? Owszem. Jest. To Diane Arbus. Legenda.

Diane jest typową żoną i matką. Kocha swojego ślubnego, jeszcze bardziej kocha dzieci. Oddała i podporządkowała całe życie rodzinie. I mimo tego, że jest „dorosła”, że żyje na własną rękę, ciągle czuje się pod kontrolą kogoś. Jest poniekąd zaprogramowana pod wymogi tamtejszych czasów. A my, za pomocą odpowiednich ujęć kamery, możemy widzieć jej oczyma. I wtedy właśnie Diane zauważa tajemniczego jegomościa, który wprowadził się do tego samego budynku. Zaczyna się jak ckliwy romans? Nic bardziej mylnego – no, przynajmniej nie od razu. Zaczyna się tajemnicza opowieść… Jego twarz ukryta jest pod maską… Patrzą na siebie tylko przez krótką chwilę, ale ona wystarczyła, by rozbudzić fascynację. Kobieta coraz bardziej wchodzi w tajemniczy świat, który trochę ją przeraża, ale i absolutnie interesuje i ciekawi… Relacja Diane z Lionelem (bo tak nazywa się nasz drugi bohater, a gra go sam Robert Downey Jr.) jest wyjątkowa. Kobieta z coraz większym zapałem oddaje się jej, a tymczasem idealny dom państwa Arbus powoli zaczyna pękać.

Podczas oglądania tego filmu należy pamiętać o dwóch rzeczach. Po pierwsze: nie należy patrzeć na Diane Arbus wyłącznie z perspektywy tego dzieła. Po drugie: nie można wręcz patrzeć na tą produkcję wyłącznie z perspektywy Diane Arbus. To jest poniekąd film biograficzny, ale ma on jedynie „elementy” z prawdziwej historii fotografki. Reżyser wraz ze scenarzystką stworzyli fikcję, zakrawającą nawet o romans, ale nie tak oczywisty, jak możemy sobie to wyobrazić. Jedno jest pewne: ta opowieść jest niesamowita. Dla mnie, wielkiej fanki „Alicji w Krainie Czarów”, którą pokochałam od chwili, gdy samodzielnie umiałam poskładać litery w wyrazy, a wyrazy w zdania, „Futro” jest podobną bajkową opowieścią, tylko tym razem Kraina Czarów to mieszkanie Lionela – klimatyczne tło do pięknych wydarzeń. Każdy detal jego domu, za każdym razem gdy oglądam ten film, robi na mnie piorunujące wrażenie. Zresztą, od mojego pierwszego seansu minęło już kilka lat, ale wracam do tego dzieła często. To jedna z najpiękniej pokazanych historii miłosnych, które przyszło mi oglądać na małym i dużym ekranie. Nicole Kidman jest stworzona do takich ról. Jest delikatna, krucha, momentami oniryczna i nierealna. Boi się, ale jest ciekawa i paradoksalnie – odważna. W stylistyce lat 50tych ubiegłego wieku, z idealnie spiętym koczkiem i suknią w kształcie litery „A” jest piękna. Z rozchełstanymi włosami, owinięta prześcieradłem, wtulona w swojego kochanka – jest urzekająca. A Robert Downey Jr? Nawet gdy gra mężczyznę, który z powodu choroby wygląda jak Chewbacca, robi to genialnie. Subtelne brzmienie głosu, delikatne gesty i ten wzrok, który mówi wszystko.

„Futro” to dzieło nieco patetyczne. Nie sposób nie porównać go do „Pięknej i Bestii” i nie sposób przejść obok niego bez emocji. Porusza i wzrusza. Dotyka do żywego, a my zaczynamy się zastanawiać ile wartości jest w naszym życiu i czy na pewno są one ważne. Przy akompaniamencie genialnej, bardzo subtelnej i delikatnej muzyki przenosimy się do innego świata. Wystarczy pokonać kilka schodów, a przytulny dom Lionela stanie się na ponad 2 godziny naszą spokojną przystanią.