ONA:
Podobno z oddawania nasienia do banku spermy można zrobić niezły biznes, szczególnie, gdy jest się przystojnym, wykształconym, twórczym i wysportowanym mężczyznom, którego geny są „wielkie, jędrne, bezlitosne”, jak u bohatera „Lejdis”. David Wozniak, który blisko 700 razy zostawił trochę siebie w plastikowym pudełku. Cóż, robota przyjemna, kasa szybka i dobra. Można powiedzieć, że to idealna opcja dla młodego faceta, któremu nie za bardzo chce się pracować. Wozniak pod pseudonimem „Starbuck” pracował trochę nad życiodajnym białkiem, które uszczęśliwiało wiele związków, niemogących mieć swoich własnych dzieci. A potem ktoś popełnił mały błąd i cały ten ejakulat zużył…
Zanim jednak Wozniak dowiedział się, że jest ojcem tak ogromnej ilości osób (bo ponad 500!), jego „partnerka” oznajmia mu, że jest z nim w ciąży!!! Naszego 42-letniego bohatera to trochę przeraża. Cóż, jest lekkoduchem, żyje od pierwszego do ostatniego, trochę ślizgając się po swoim własnym losie. Ma problemy finansowe, daremną pracę, która go zupełnie nie cieszy, ale jest dobrym kumplem. I wtedy jak grom z jasnego nieba spada na niego informacja z banku nasienia: „Cześć, nie wiem czy wiesz, ale masz ponad 500 dzieci, z czego spora część chce Cię poznać i właśnie ruszają z pozwem zbiorowym”. David co prawda za każdym razem podpisywał klauzurę anonimowości, ale może akurat da się to podważyć? Skoro to TAKA liczba osób? Proces rusza, ciąża się rozwija, a Wozniak – jeszcze anonimowo – postanawia „poznać” swoich synów i córki. I o dziwo – zaczyna im pomagać… Coraz bardziej chce naprawić swoje życie i sprawić, by było ono nareszcie szczęśliwe.
Przyznam szczerze – mocno kpiąco podeszłam do tego dzieła. W ogóle myślałam, że to komedia francuska, ale to, że mówią w niej po francusku, wcale nie determinuje jej „narodowości”. To kanadyjska produkcja, która jest totalnie odrealniona. To totalne sci-fi osadzone w zwykłych realiach. To już nawet nie chodzi o to, że cała ta historia miażdży mózg, ale o to, że w tym filmie jest za dużo dobrego. Ludziom za dużo rzeczy się udaje i wygląda na to, że każdą przeszkodę mogą pokonać bez problemu, szczególnie, gdy wspiera ich tajemniczy koleś. Barman traci pracę, ale zostaje aktorem, a ćpunka z mig wychodzi z nałogu. Okeeeej, ale chyba jednak nie. Nazwijcie mnie pesymistką, ale ludzie nie są z zasady dobrzy. Ludzie krzywdzą się i wyrządzają sobie krzywdę. Może i wystarczy kilka dobrych uczynków, by komuś pomóc, ale chyba wyłącznie w sferze taśmy filmowej. A potem film się rozkręcał. Jest przewidywalny do granic przyzwoitości, bywa momentami śmieszny, ale im bliżej finału, tym bardziej ja się rozpuszczałam jak wosk w świecy, a pod moimi powiekami powoli zbierały się słone łzy, by w końcu znaleźć ujście w kąciku oka, na jednej z finałowej scen. Bo w końcu wszyscy pragniemy tego samego – chcemy być szczęśliwi. I każda osoba to szczęście odnajduje w czymś/w kimś innym…
Nie jest to może bardzo wybitne dzieło, ale ono należy do gatunku lekkiego, przyjemnego i pozytywnego. Myślę, że podane w odpowiednim momencie będzie jak kubek gorącej, gęstej czekolady, ze śmietaną, posypką cukrową i wafelkową rurką. Z kremem. Po prostu – po spożyciu zrobi nam się jakoś tak… milej.
ON:
Dziś na kolację kolejna prosta i naiwna komedyjka obyczajowa, która równie dobrze może zupełnie nie istnieć. Czasem zastanawiam się skąd twórcy biorą budżet na takie dziełka, bo jednak całą tą zgraję filmowców/aktorów trzeba za coś opłacić, gdyż raczej nie pracują za dobre słowo i łyżkę strawy.
Poznajcie Davida Wozniaka zwanego także Starbuckiem vel El Masturbatorem. Pan z czarną czupryną nie należy do zbyt bystrych, a jego decyzje życiowe są czasem lekko nietrafione. W chwili obecnej jest w związku z panią policjant, która okazuje się być w ciąży. Lekko roztargniony, mający w dupie zasady facet chyba poczuł, że czas najwyższy się ustatkować i postanawia być przykładnym ojcem. Nim jednak do tego dojdzie, musi wydarzyć się jeszcze kilka rzeczy. Po pierwsze: David kilka lat wcześniej oddawał do banku spermy swoje nasienie. Oddawał tego tak wiele, że rozwozili je beczkowozami na mleko. Trzepał chłopak kapucyna, bił konia, walił gruchę tak wiele razy, że zarobił na tym ze 20 tysięcy dolarów. 20 tysi łapiecie? Z tego potoku nasienia przez błąd w klinicznych papierach sperma Wozniaka posłużyła ponad 500 kobietom do zapłodnienia. Co za tym idzie Davido ma ponad 500 dzieciaków, z czego ponad 100 chce poznać jego tożsamość. Bajecznie.
Gdy mężczyzna się o tym dowiaduje, postanawia coś zrobić z tym fantem. Siedzący na jego prawym ramieniu aniołek podszeptuje mu do ucha, aby wziął się w garść, dał z siebie wszystko i odpowiedział za swoje czyny. I tak się staje. Dave zaczyna spotykać się z kolejnymi osobami z listy. Często nie przyznaje się do tego, że jest ich ojcem, ale za to pomaga w newralgicznych momentach ich życia. Jest jak dobry Samarytanin, który znalazł się we właściwym momencie i we właściwym czasie. Dzięki niemu jeden z synów dostaje rolę w filmie, córka przestaje ćpać itd. Każde z „rodzeństwa” jest inne, mimo że pochodzi z tych samych lędźwi.
Dodajmy do tego pracę Davida. Jest on rozwozicielem mięsiwa. Jego ojciec ma rzeźnię, która całkiem dobrze prosperuje, a synalek po prostu pomyka dostawczekiem i rozwozi towar do okolicznych sklepów. Ale nawet tą pracę potrafi spartolić. Widzicie więc z jakim typem faceta mamy do czynienia. Koleś potrafi mieć wszystko w czterech literach i się z tym nie kryje.
Gdy oglądałem „Starbucka” nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że jest to film, który przeszedł bez echa, nie tylko w kinach, ale i na nośnikach cyfrowych. Czegoś tutaj brak, a może właśnie wszystkiego jest za dużo? Mi film średnio się podobał. Na obyczaj jest trochę za lekki, za to do komedii mu bardzo daleko.
