ON:
Dzisiejszy dzień Marudy spędzają w domu. Ostatnio cały czas było u nas „gorąco” i postanowiliśmy sobie trochę pofolgować. ANARCHIA!!! Koniec z pracą w weekend! Po pierwsze: zwlokłem się z wyra o 12.15, co w moim przypadku zdarza się bardzo rzadko, ale widać było, że przemęczony organizm powiedział „DOŚĆ” i postanowił wykorzystać każdą minutę na sen. Później zakupy, bo trzeba coś do gara włożyć, a teraz chilluje z kawą przy lapku i zabieram się za wpis. Nikt nie truje dupy, a na drugim planie, na ekranie telewizora, Shepard ratuje galaktykę. Dziś jednak nie o “Mass Effect“, o którym już pisałem, ale o kwiatkach i umarlakach.
“Plants vs. Zombies” to produkcja, za którą odpowiada „PopCap Games” – studio lubujące się w niekonwencjonalnych gierkach arcade’owych. Wielu z Was może ich kojarzyć z “Peggle” oraz z “Bejeweled“. Ich produkcje są kolorowe, lekkie, przyjemne i pozwalają tak samo dobrze bawić się tylko przez kilka minut podczas małych dawek, jak i przy długich wielogodzinnych sesjach.
“Plants vs. Zombies” należy do gier z serii “tower defence”, które polegają na takim odpowiednim zabezpieczeniu pola/trasy/drogi, aby jednostki nieprzyjaciela nie dostały się do naszej twierdzy i jej nie zniszczyły. W grze PopCap-ów twierdzą jest nasz dom, polem, które mamy obronić trawnik, a atakującymi banda wrednych, różnorakich zombiaków. Okazuje się, że na pomoc w obronie przyjdą nam przeurocze roślinki. Ich różnych typów i rodzajów jest tak samo dużo, jak atakujących nas nieumarłych. Wszystko zaczyna się od wybrania odpowiednich “sadzonek“, które będą rosły na naszym trawniczku. Musimy mieć słoneczniki – to dawcy energii i bez nich żaden z innych kwiatków nie będzie mógł normalnie funkcjonować. Zielone, groszkowe kwiatki „plują” w stronę atakujących zombie zabójczymi kuleczkami, fioletowe drapieżne rośliny pożerają umarlaków w całości, a postawione na samym przodzie „kartofle” zatrzymują na kilka chwil atakujące jednostki. Gdy nastanie noc energię trzeba czerpać z innych zródeł. Wtedy przydają się grzyby, które absorbują światło księżyca. Im dalsze plansze, tym ciekawsze i zakręcone jednostki dochodzą od naszego ogrodu. Pomiędzy misjami możemy także zakupić nowe nasionka i narzędzia, ułatwiające nam walkę z najeźdźcą naszego domostwa. Po drugiej stronie barykady stoją zombie. Zwykłe, wolne zombie, szybkie zombie, zombie w pancerzu w postaci wiadra na głowie, zombie footballiści i wielu, wielu innych. Na każdego z nich jest inna metoda, każdy ma swoje słabe i mocne strony, ale to tak jak z naszymi roślinami. Nie ma jednostek typowo uniwersalnych.
Minusem „Plants vs. Zombies” jest długość. Na upartego gierkę skończmy w kilka godzin. Pozostają nam oczywiście inne tryby i zabawa z prawdziwym, żywym graczem, ale nie ma co się oszukiwać gra jest krótka. To właściwie jedna bolączka dzieła PopCap Games. Reszta, czyli oprawa graficzna i dźwiękowa, są urocze, tak samo jak cała produkcja. To tytuł przemyślany i dopracowany, choć jest to zajmująca kilkaset mega gierka, to widać dobrze, że najważniejsza jest grywalność i pomysł, czego często brakuje najnowszym grom. Szkoda.
„Plants vs. zombies” polecam każdemu, kto lubi logiczne i taktyczne tytuły. Poza tym dostępna jest ona już chyba na każdej możliwej platformie, od telefonów, przez komputery a na konsolach kończąc. Polecam.
