ONA:

Gus Van Sant – no znam nazwisko, ale za cholerę nie mogę go dopasować do filmów, które ten pan wyreżyserował. Dziura w głowie, jak po 10 latach regularnego buchania zielska. W takich momentach z pomocą przychodzi wujek Google, którego kocham miłością totalną i do którego modlę się praktycznie dzień w dzień, powtarzając „Booooże!!! Mam nadzieję, że Google będzie wiedziało” (np. jaki kolor blatu dobrać do koloru frontów). Tadaaam! Gus Van Sant to pan od „Buntownika z wyboru”, „Obywatela Milka”, czy od „Promise Land”. I właśnie z tym filmem zmierzyliśmy się w sobotni wieczór. 

Właściwie nie było trzeba mnie namawiać na to dzieło – uwielbiam Matta Damona i cenię go nie tylko jako aktora, ale i jako scenarzystę. Jego dzieła są obyczajowo-dramatyczne i ogląda się je bardzo przyjemnie. Niezależnie, czy to historia genialnego wyrzutka za którą zgarnął z Benem Affleckiem złotego panoczka w 1998, czy ta z zeszłego roku, o Steve Butlerze, który wraz ze swoją korpo-partnerką przekonywał mieszkańców małej mieściny, by sprzedali swoje ziemie, pod którymi czaił się gaz łupkowy. Fajne jest to, że Damond obsadza siebie w rolach tych głównych bohaterów, bo moim zdaniem o wiele bardziej wiarygodnie może odzwierciedlić dane role, bowiem to on te postacie konstruuje już na etapie scenariusza – to dla widza ogromna korzyść. Ale zacznijmy od początku.

Steve Butler (M. Damon) i Sue Thomason to pracownicy ogromnej korpo „Global”, która zajmuje się pozyskiwaniem gazu łupkowego. Firma ma i środki, i sposoby, by zdobywać kolejne tereny, które na zewnątrz wyglądają zupełnie przeciętnie, ale głęboko, głęboko niżej – skrywają miliony zielonych. Cały czas mam nadzieję, że pod moim domem też jest jakiś taki surowiec, który można łatwo spieniężyć i obawiam się, że nie byłoby trzeba mnie jakoś wybitnie namawiać, szczególnie, gdy robiłby to Damon. Ale to ja… Tymczasem z mieszkańcami tej mieściny, w której pojawiają się pracownicy „Global” wcale nie jest tak łatwo. Owszem, są tacy, którzy zahipnotyzowani zielonym kolorem i odpowiednią liczbą zer, sprzedaliby własną matkę, dorzucając do tego żonę i gromadkę dzieci, ale są i tacy, którzy mówią „Hmm… czy aby na pewno”, „Czy jest to faktycznie takie korzystne i bezpieczne” albo „Nie. Po prostu nie”. Jest kilka sposobów, by przekonać społeczność tego Odbytkowa. Niektórym trzeba dać w łapę (na co ekipa „Global” ma specjalną kasę), ale przeciętnego mieszkańca przekona wyłącznie sympatia, którą muszą sobie zaskarbić nasi bohaterowie. Nie jest to wcale takie proste, ponieważ gdy tylko w mieścinie zaczyna być po myśli naszych bohaterów, pewien emerytowany nauczyciel podnosi głos, obnażając wszelkie uchybienia oraz pojawia się ekolog, Dustin Noble, który obwieszcza szlachetną nowinę „Gaz łupkowy to zło”. Przeprawa która czeka Steve’a i Sue będzie ciężka. Szczególnie, że nic nie jest tak oczywiste, na jakie wygląda.

„Promised Land” to fajna historia pokazana za pomocą pięknych ujęć z małej mieściny, gdzie ludzie są prości, wiodą proste życie i dla nich albo coś jest czarne, albo białe. Nie ma odcieni szarości. Ludzie są albo źli, albo dobrzy. Decyzje są albo złe, albo dobre. I gdzieś tam pomiędzy tym wszystkim jest Steve, który po prostu chce dla nich dobrze. Chce, by mieli hajs na edukację dzieci, chce by mogli spać spokojnie, a nie martwić się, czy rolniczy trud będzie należycie doceniony, a jak wiadomo – nie będzie. Okej, jest tylko handlowcem i jak najlepiej chce popchnąć swój towar, swoją ofertę, ale nie robi tego aż tak bezdusznie. On daje możliwość wyboru, ale to każdy oddzielnie musi podjąć. Damon w tej roli wypada świetnie. Jest zaangażowany, ale i uroczy. Z pełną determinacją próbuje być fair na tyle, ile powinna pozwolić mu lojalność do firmy. Jego postać i sposób „wykonywania” pracy nieco zmienia się, gdy pojawia się ekolog, ale szalenie przyjemnie ogląda się go na ekranie. Ja bym mu podpisała wszystko. „Promised Land” to bardzo fajna produkcja, obnażająca świat wielkich pieniędzy, które zdobywa się za pomocą „małych” osób. To film o dylematach i sprzecznościach. To film o wyborach, o granicach, o sile lokalnych społeczności i ich stosunku do własnego miejsca na ziemi. To dobry film. Ja się zachwyciłam.

ON:

Jak wyobrażacie sobie ziemię obiecaną? Jeśli prześledzimy literaturę z różnych epok znajdziemy wiele wspólnych elementów, które powtarzają się niezależnie od obowiązujących w danym czasie trendów. Ludzie chcą spokoju, kasy, rozrywki, przyjemności. Nie chcemy się martwić o przyszłość naszą i naszych dzieci. To chyba zrozumiałe, że najlepiej nam tam gdzie jesteśmy bezpieczni i najedzeni, a matka noc zostanie za drzwiami naszych domostw. Zobaczymy jak wygląda „Ziemia Obiecana” według Gusa Van Santa.

Tytuł „Promised Land” jest lekko przewrotny i możemy go rozpatrywać na kilku płaszczyznach. Pierwsza jest czysto ekonomiczną i opowiada o zderzeniu małomiasteczkowej społeczności z wielką korporacją i pieniędzmi, które są dla lokalnej ludności bajońskimi. Wszystko kręci się wokół złóż gazu łupkowego, które odkryto w pobliżu mieściny. Duża, warta 9 miliardów dolarów korporacja, postanawia wysłać na miejsce dwójkę swoich ludzi, aby odkupili od rolników ziemie, gospodarstwa, domy. Ta dwójka handlarzy obietnicami to Steve Butler oraz Sue Thomason. To, co oferują rolnikom, nie jest wyjątkowo korzystną ofertą, ale jest ona na tyle wysoka, aby przekonać właścicieli do pozbycia się nieruchomości. Oczywiście, każda transakcja jest wcześniej odpowiednio ubrana w słowa. Dzięki sprzedaży będziesz przecież o krok bliżej od tego, do czego zawsze dążyłeś, do „fuck you bank money”. Kasa, którą weźmiesz teraz do ręki pozwoli Ci na realizacje odkładanych zawsze na później celów.

„Promised Land” to nie tylko miejsce, ale i droga, która do niego prowadzi. Podążają nią wspomniani sprzedawcy marzeń. Na końcu tej drogi znajduje się ktoś, kogo nie chcemy zawieść, czasem tym kimś możemy być my sami. Dla Sue to samotnie wychowywany syn, dla Steve’a jego sumienie. Oddany bezgranicznie sprawie zapomina o pewnych rzeczach, wartościach, które są coraz to bardziej zacierane we współczesnym świecie. Dążenie do bycia idealnym pracownikiem oddala go od bycia dobrym człowiekiem.

To, co napisałem powyżej, jest tak naprawdę opisem filmu w dużej pigułce. Mamy do czynienia z dramatem, który o dziwo nie doprowadza widza do depresji, nie wypłaczemy oczu, nie będziemy się ciąć żyletkami. Opowieść podana jest w sposób bardzo strawny i nie ma w niej dramatów przejmujących. Gus Van Sant wraz ze scenarzystami pokazują, jak działa świat wielkich koncernów, jak ludzie dążą do celu oraz to, że czasami wystarczy na chwilę przystanąć i zastanowić się co tak naprawdę jest dla nas ważne.

Warto zwrócić uwagę na warstwę wizualną „Promised Land”, bowiem w fenomenalny sposób pokazano tutaj małą społeczność, która wierzy w słowa „starszyzny”, łyka nowinki, jeśli tylko są one odpowiednio podane i żyje swoim tempem, które jest tak inne od tego, jakie narzuca codzienność w wielkich miastach. Niektóre kadry są po prostu fenomenalne.

„Promised Land” to dzieło spokojne, ładnie nagrane i całkiem ciekawe, ale czy nie było już opowieści o wrednych korporacjach? Wydaje mi się, że całkiem sporo. Tak czy inaczej ogląda się.