ONA:

Chyba się jeszcze do tego na Marudzeniu nie przyznawałam – bardzo lubię Sharon Stone. Dla mnie jest ona uosobieniem bardzo niebezpiecznej broni. Jest piękną i seksowną kobietą, która do tego jest inteligentna. Miks wybuchowy i szalenie pociągający. Lubię oglądać ją w filmach, szczególnie tych z lat 90-tych.

Dodajmy do tego scenariusz Joe’go Eszterhasa, którego wprost uwielbiam za przenoszenie zmysłowości najpierw na słowa, a potem na film.

No i mój faworyt, jeśli chodzi o klan Baldwinów – najmłodszy i najprzystojniejszy – William.

Jeśli dodamy Stone, scenariusz Esztehasa i ostatniego Baldwina, w prostym rozrachunku wyjdzie nam „Sliver” – thriller mocno erotyczny z morderstwami i podglądaniem w tle. Oj, dobrze mi się ten film ogląda… Za każdym razem.

Carly Norris (S. Stone) właśnie wprowadziła się do pięknego apartamentowca. Marzyła o mieszkaniu tam, ale niestety – wszystko było zajęte. Ale tak się (nie)szczęśliwie złożyło, że pewna piękna blondyna opuściła swój kwadrat. Cóż. Ktoś ją zamordował. Jak to mówią księża „Raz do roku można się wysypać”. Do mieszkania wskakuje nasza bohaterka, która praktycznie równocześnie wpada w sidła młodego i przystojnego sąsiada – Zeke’a. Właściwie co się jej dziwić? Każda z nas by to zrobiła. Każda. Bez wyjątku. Tak, Twoja kobieta też. Atmosfera zagęszcza się nie tylko z powodu wylewającego się erotyzmu i zmysłowości, ale również dlatego, że Zeke okazuje się być a) właścicielem apartamentowca, b) byłym kochankiem nieżywej, c) kolesiem, który lubi podglądać. Wszystkich… A potem pada kolejny trup. I kolejny.

Uwielbiam ten film, bo trzyma nieźle napięcie. Nawet po kolejnym seansie ja ciągle tę historię „przeżywam” i mimo, że znam zakończenie, dalej drzemie gdzieś we mnie zaskoczenie. Strasznie podoba mi się montaż tego dzieła. Po nim od razu widać, że jest sprzed 2 dekad, ale dla mnie – widza, pieści oczy w sposób satysfakcjonujący – co najmniej jak para głównych bohaterów. A skoro już przy tym jesteśmy –  to teraz tak elektryzująco-erotycznych produkcji już się nie robi. Ponoć trend ma odświeżyć historia pana Grey’a, ale wątpię w to. Tam nie ma pieprzenia. Tam jest taniec zmysłów. Wszystko syczy i paruje. Skwierczy. Napręża się i twardnieje. A poza tym – „Sliver” ma genialną oprawę muzyczną, która totalnie wpasowuje się w mój gust. Lubię to!

ON:

Amerykańskie filmy wyprodukowane w latach 90-tych były inne. Miały w sobie coś, co powodowało, że przyciągały na długie godziny do telewizyjnego i kinowego ekranu. Lata te to wysyp thrillerów, często erotycznych. Były „Barwy Nocy” z Willisem, „Oczy szeroko zamknięte” z Criusem, czy „Sliver” z Boldwinem. Wiele z nich w dniu premiery było chłodno przyjęte przez krytykę, później zapomniane przez kinomaniaków, a po latach wracają do łask w nowych, odświeżonych wersjach, które można nabyć na DVD lub BR za kilka dyszek. Dziś będzie o „Sliver”.

Można rzecz, że to jeden z klasyków, który rozgrzewał światowe ekrany w maju 1993 roku. Dlaczego piszę, że rozgrzewał? Ponieważ nagie ciała pięknych kobiet pojawiają się w tym filmie bardzo często. Dziewczyny zaś nacieszą oczy nagimi pośladkami Williama Boldwina.

Opowieść zaczyna się jak u mistrza gatunku – czyli trupem. Tym razem jest to piękna, samotna kobieta, która mieszka w ogromnym i nowoczesnym wieżowcu. Okazuje się, że jej ostatnim wspomnieniem będzie lot z 30-tego piętra w kierunku ziemi. Oczywiście w sprawie śmierci nikt niczego nie podejrzewa, po prostu zwykłe samobójstwo. Po lokatorce zostaje wolne mieszkanie, do którego po pewnym czasie wprowadza się Carly Norris, kolejna młoda i ładna blondyna. Kilka dni spędzonych w budynku pozwala poznać jej część lokatorów, między innymi przystojnego Zeke’a Hawkinsa. Młody mężczyzna dość szybko wpada jej w oko. Wydaje się być swoistym losem na loterii. Takich facetów już nie ma. Warto dodać, że w życiu kobiety pojawia się także inny “samiec”. Dojrzały, także na swój sposób przystojny, będący pisarzem Jack Lansford. Ma on jednak dwa problemy. Pierwszy to brak weny, która skończyła się po pierwszym bestsellerze, drugi to lekka nachalność, którą najlepiej widać w sposobie  w jakim zaleca się do Carly.

Kolejne sceny pokażą, że budynek skrywa więcej tajemnic. Zbrodnie popełnione na przestrzeni kilku ostatnich miesięcy wychodzą na jaw, a nieznany podglądacz widzi wszystko, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami domostw. Poziom psychozy i zaszczucia narasta z każdym dniem. W tym całym betonowym więzieniu nie wolnych osób, bowiem każdy pierze swoje grzechy w swoim „em”. Podobnie jest z główną bohaterką, stojącą pomiędzy dwoma mężczyznami, z których jeden zupełnie nie przypadł jej do gustu.

Mocną stroną „Slivera” jest jego niezrównoważenie. Do końca nie zdajemy sobie sprawy z tego kto jest tym złym, a kto dobrym. Mimo, że nie trzyma jakoś bardzo w napięciu, to jednak dobrze się ten film ogląda. Może to przez to, że to stara szkoła lat 90-tych, wtedy kręciło się inaczej. Lepiej? Odpowiedzcie sobie sami.