ON:

Raz na wiele lat pojawia się dzieło wybitne, wyjątkowo dobre pod każdym względem, które nie starzeje się wcale. Czas dla takich filmów jest łaskawy, krytycy przychylni, a nowe pokolenia chętnie sięgają po tę klasykę. Jednym z takich kultowych już obrazów jest „Das Boot” Wolfganga Petersena. Ten nakręcony w 1981 roku dramat wojenny, zaliczany jest do grona najlepszych filmów, jakie powstały w historii kina. Muszę się zgodzić z tą opinią.

W wersji reżyserskiej film Petersena trwa 200 minut. To ponad trzy godziny dusznej, klaustrofobicznej opowieści o 50 osobowej załodze niemieckiej łodzi podwodnej. Lecz zanim zejdziemy do tej podwodnej puszki, pływającej stalowej trumny, przyjdzie nam poznać bohaterów dramatu. Odbywa się to podczas alkoholowej libacji, pełnej żarcia i wódy, do zabawy przygrywa orkiestra, blond piękność w czerwonej sukni migdali się do marynarzy. Jak mówi kapitan okrętu: załoga musi odreagować tygodnie pod wodami oceanu, a zrobić to może tylko dzięki alkoholowi i kobietom. Na spotkaniu tym dowiadujemy się także, że do grupy dołącza kronikarz, który ma za zadanie zrelacjonować jak wygląda polowanie na alianckie okręty. Ten wieczór jest ostatnim ze spokojnych dni, jakie przeżywa załoga okrętu.

Kolejny dzień to już inna opowieść. Początki podróży na misję są swoistą sielanką. Kapitan i porucznik czasem plotkują o polityce, marynarze o swoich kobietach. Kronikarz robi kolejne zdjęcia, czy to podczas rutynowych prac, czy też w czasie próbnego alarmu. Nic nie zapowiada nadchodzących dramatycznych wydarzeń. Petersen skupia się na pojedynczych marynarzach, na ich fobiach, problemach i wzajemnych relacjach. Pokazuje także jak wyglądają kolejne dni na morzu. Jedzenie psuje się w zastraszającym tempie, plaga wszy atakuje załogę, a mielonka wygląda tak, jakby ktoś przemielił świnie razem z korytem.

Gdy dochodzi do pierwszej konfrontacji z wrogiem, strach często bierze górę nad heroicznymi zachowaniami. Walka nie odbywa się na powierzchni, jest bezpardonowa. Podwodne zmagania ze sprzętem i z bombami głębinowymi, które zrzucane są z atakujących niszczycieli. Wielokrotnie decyzje, podejmowane przez kapitana okrętu, graniczą ze zdrowym rozsądkiem. Niestety, nie ma innych możliwości w sytuacji, w której zagrożone jest życie całej załogi. Unikając bomb nieprzyjaciela, decyduje się na zejście poniżej dozwolonego poziomu. Nerwy, pot, bród i szaleństwo towarzyszą teraz każdemu z marynarzy.

Pomimo tego, że film opowiada o niemieckich żołnierzach, bardzo szybko zyskują oni naszą sympatię. To wszystko przez ludzkie odruchy, jakimi się kierują poszczególne postacie. Szef maszynowni, który w ferworze walki zaczyna świrować, kapitan walczący z własnym człowieczeństwem gdy napotyka alianckich rozbitków, czy Werner kulący się na pryczy 230 metrów poniżej poziomu morza. Ogromne wrażenie robią kreacje poszczególnych postaci, ale na czele stoją dwaj aktorzy: Jürgen Prochnow, wcielający się w kapitana rozdartego pomiędzy ludzkimi odruchami, a rozkazami z samej góry i Herbert Grönemeyer – grający porucznika Wernera. Jeśli chodzi o samego Grönemeyera to mówimy o tym samym facecie, który ma na swoim koncie ogromną ilość płyt z muzyką, między innymi przebojowy „Mensch”

„Das Boot” to kino starej daty, film zrobiony przez Niemca dla szerokiej publiczności, który ma pokazać, że wojna po drugiej stronie także raniła i zabijała, że w niej brali udział zwykli ludzie, krwawiący tak samo jak my i mający ten sam kolor krwi. Nie ma dobra i zła, jest wojna, która zabija, a żołnierze walczą w imię tych samych idei, ale pod innymi sztandarami. „Okręt” to film kompletny, dorosły i niestety nie dla każdego widza. Wyssany z patosu, którym przesiąknięte jest amerykańskie kino, wymaga większego skupienia i oddania, ale jeśli już wsiądziemy na pokład łodzi z tą pięćdziesiątką mężczyzn, to będziemy im towarzyszyć całą 200-tu minutową podróż.

“Das Boot” jest pierwszym z trzech filmów wojennych, które opisuję w ramach męskiego kina. Jutro kolejna niemiecka produkcja.