ONA:

Liam Neeson i Kevin Costner to bardzo podobni aktorzy – nie tylko fizycznie, ale i warsztatowo. Z każdym kolejnym rokiem udowadniają, że ich sprawność i urodza nie mijają, tylko nabierają charakteru, a i na dużym ekranie sprawdzają się dobrze. Jakkolwiek to nie zabrzmi – nadal są świeży. Smutnoocy, doświadczeni życiowo, z ogromnym bagażem, ciągle jeszcze nie gotowi na emeryturę… Ale Neeson, szczególnie od kilku lat, ma nieco więcej szczęścia. Filmy, w których występuje, szturmem wchodzą w kanon wartych obejrzenia, są sukcesami komercyjnymi, mimo, że nie zawsze są błahe i zwykłe – jak np. „The Grey”. Costner mimo upływu lat ciągle walczy z łatką, którą próbuje odkleić od lat 90. ubiegłego wieku. Ale to zupełnie nie ważne, bo dla mnie to jeden z najlepszych współczesnych aktorów i mimo, że teraz grywa rzadko – robi to z klasą.

Za każdym razem, kiedy widzę na pudełku jego nazwisko, spływa na mnie momentalnie wszechogarniająca mnie ochota (#daddyissues) i chęć, żeby ten film obejrzeć. Dokładnie tak samo było i tym razem. „3 days to kill”, znany w naszym kraju pod tytułem „72 godziny”, co bardziej kojarzy się z tabletkami wczesnoporonnymi, niż z fajną sensacją, nie urwał mi zupełnie tyłka. To film jakich wiele. Ale Costner wynagrodził mi wszystko, każdą dziurawą scenę, każde zbędne przeciągnięcia i średnio udane zwroty akcji. Ale po kolei… Ethan Runner (K. Costner) całe swoje życie poświęcił pracy. Jest agentem CIA, dla którego służba stała ponad wszystkim i wszystkimi. Ma niby tam jakąś rodzinę, ale mimo ich wyraźnego buntu i sprzeciwu – on nadal wybiera przede wszystkim swój zawód. I nagle wszystko szlag trafia. Pewnego dnia dowiaduje się, że w jego głowie czai się guz mózgu – glejak, który raczej nie będzie umożliwiał mu zbyt długiego życia. Właściwie, Runnerowi zostało bardzo mało czasu… Agent chcąc go wykorzystać naprawdę dobrze i w końcu we właściwy sposób, postanawia za wszelką cenę naprawić swoje kontakty z żoną i nastoletnią córką. I wtedy w jego życiu pojawia się ona – piękna Vivi (Amber Heard), która daje mu propozycję. W zamian za realizację ostatniego zlecenia, ona da mu lek, który pokona jego chorobę… No to zaczynamy!

Nie trzeba być nie wiadomo jakim znawcą, żeby stwierdzić, że fabuła tego filmu jest błaha jak niejedna dobranocka. Nie ma w tym filmie żadnego zaskoczenia, zarówno w tej części „prywatnej”, jak i w „zawodowej”. Pod względem „sensacyjności” również szału nie ma, ale na pocieszenie dodam, że jest cierpki, sarkastyczny dowcip, szkoda tylko, że „gdzieniegdzie”. Do wieczornego odpoczynku na kanapie – w sam raz. Raczej nie będziecie zawiedzeni, ale nie ma też co napalać się na jakieś spektakularne rzeczy. Niezły. I tyle.

ON:

„3 Days to Kill” to produkcja, która wyszła ze starej, dobrej, francuskiej szkoły kina akcji. Za jej scenariusz odpowiadał między innymi Luc Besson. Można się domyślać, że to właśnie jego ręce przeniosły akcję w paryskie realia. W pewnych momentach widać rękę mistrza, czasami jednak mamy kino niższej klasy. Dlaczego? Powodów może być kilka. Można winić współscenarzystę oraz reżysera, którzy raczej nie dali z siebie wszystkiego. Chociaż Besson czasem też miał potknięcia i nie można wykluczać ich przy tej produkcji.

Przygoda, z którą przyjdzie nam spędzić prawie dwie godziny, jest całkiem zgrabnie opowiedziana, a zaczyna się podczas akcji CIA. Operacja ta ma na celu sprzątnięcie niebezpiecznego przestępcy i zdobycie bardzo ważniej dla agentów walizki. Niestety, nie wszystko idzie zgodnie z planem, a główny bohater – Ethan Runner, z niewiadomych przyczyn traci przytomność. Gdy się ocknie, leży już w szpitalnym łóżku, a wieści, jakie mają mu do przekazania lekarze, nie są najlepsze. Nowotwór mózgu z przerzutami na płuca. Według łapiduchów zostało mu około 3 dni życia. W tej sytuacji agencja zwalnia go z pełnienia obowiązków na rzecz USA i zwalnia go do domu. Ethan postanawia te 72 godziny spędzić z żoną i córką, które mieszkają w Paryżu. Jest tylko jeden problem: ani ukochana kobieta, ani jego dziecko nie mają zamiaru się z nim spotykać. Wszystko przez to, że praca, jaką wykonywał, spowodowała ogromne zaniedbania wobec rodziny. Jadnak gdy kobieta dowiaduje się o chorobie byłego męża, jej nastawienie się trochę zmienia. Były agent może zamieszkać z nimi przez te kilka dni.

Kolejnego dnia na lokalnym, paryskim ryneczku Ethan spotyka nieznajomą kobietę, która proponuje mu układ. Morderstwo na zlecenie w zamian za pokaźną sumę pieniędzy i eksperymentalna terapia, która może przedłużyć jego życie. Co facet ma do stracenia? Nic. Negocjuje trochę stawkę i zgadza się na postawione warunki. Od tej pory, poza dobrym ojcem chcącym w trzy dni nadgonić zaległości kilku lat, Ethan staje się cynglem na zlecenie. Okazuje się, że dość ciężko pogodzić te dwie „prace”.

„3 Days to Kill” jest produkcją nawet udaną. Pomimo drobiazgów i wpadek – ogląda się ją całkiem sympatycznie. Dołożenie do sensacyjnej opowieści odrobiny humoru stawia ją na równi z innymi bessonowskimi filmami, które miały i trzymać w napięciu, i jednocześnie śmieszyć. Jest to jednostrzałowiec, bo po pierwszym seansie dość szybko o nim zapomnicie, ale pierwszy da Wam trochę frajdy. Warto.