ON:
Postanowiłem sobie zrobić trzy dni z męskim, wojennym kinem, które zupełnie nie musi podchodzić Paulinie. Wczoraj rozwodziłem się o historii niemieckich żołnierzy, walczących na pokładzie jednego z U-botów, dziś będzie o froncie wschodnim, czyli zimnym piekle II Wojny Światowej.
Wysłanie przez Hitlera wojsk na wschód było krokiem dość specyficznym. Potraktował on swoich żołnierzy w podobny sposób, jak rosyjscy dowódcy traktowali swoich podwładnych. Stali się mięsem armatnim. Najważniejsze było wypełnienie rozkazu niezależnie, jak irracjonalny lub morderczy by on nie był. Nie liczyła się jednostka, ba – w dupie miano całe korpusy, ważne tylko aby propagandowa gadka dobrze brzmiała. Hitler podczas jednego z przemówień chwalił się tym, jak wspaniale idze ofensywa na miasto nazwane na cześć Stalina. Opowiadał o tych małych oddziałach, walących na gruzach byłej rosyjskiej fortecy. Informował, że miasto jest już zdobyte i teraz tylko niemieckie wojska wyłuskują niedobitki ze zniszczonych ulic metropolii.
Podobnie jak w opisywanym wczoraj dziele Petersena, mamy wstęp, który dzieje się poza głównym miejscem akcji. Tym razem to plaże włoskiej Riwiery, na których odpoczywają żołnierze z Afrika Korps. Tutaj pomiędzy kolejnymi łyczkami wina i obmacywaniem Włoszek, snują plany na temat tego, co będą robić na przepustce lub gdy wrócą do domu. Niestety, ich pomysły bardzo szybko zostają stłamszone w zarodku, gdyż z góry przychodzi rozkaz by wszyscy przygotowali się do wymarszu na Stalingrad. Tak zaczynają się najgorsze lata ich służby.
To, co przeżyli do tej pory, nie przygotowało ich na to, co przyjdzie im doświadczyć. Podobnie jak w „Das Boot” okazuje się, że „źli Niemcy” są takimi samymi ludźmi jak my wszyscy. W filmie Vismaiera będziemy mieli okazję spotkać każdy rodzaj żołnierza, od psychopatycznych, wiernych ideom Hitlera oficerów i generałów, poprzez niższą kadrę oficerską, a kończąc na zwykłej, ginącej dziesiątkami piechocie. Nam przyjdzie towarzyszyć tej garstce walczącej na ulicach. Niemieccy żołnierze tak samo, jak rosyjska gwardia, cierpi głód i chłód. Obie armie mają zepsute głowy propagandowymi sloganami, jednak w chwili gdy kromka chleba jest cenniejsza od złota, znikają wszelakie podziały. Widać to bardzo dobrze w scenie, gdy dwa oddziały zbierają swoich rannych. W pewnym momencie po prostu stają się ludźmi, braćmi w niedoli. Wtedy nie ma granic, nie ma wojny – jest tylko kumpel w okopie. Niestety, takie zachowania nie są popierane przez współtowarzyszy broni. Aby tego było mało, walka przenosi się do podziemi miasta, toczy się w ciasnych zalanych kanałach. Tutaj oddział znajduje ciężko rannego jednego ze swoich kolegów, aby wymusić pomoc jego osobie, terroryzują wojskowego lekarza, za co lądują przed sądem wojennym. Nic nie dają tłumaczenia, nie ma przebacz. Przed kulką ratują tylko szerokie plecy dowódcy. Zostają skierowani do karnej kompanii. Stają się dla swoich towarzyszy śmieciami. Żebrzą o kromkę chleba, zaczynają być zrezygnowani. Wszystko im jedno czy zginą z ręki wroga, czy może zastrzeleni przez konwojenta. Ich życie straciło jakąkolwiek wartość. Czara goryczy przepełnia się jednak w momencie, gdy sadystyczny dowódca każe im wykonać wyrok na nastoletnim chłopcu, Rosjaninie, którego zgarnęli podczas akcji. Zaczyna się wywnętrzy bunt i pytania o sens wojny.
Trwający ponad dwie godziny film przeplatany jest faktami z frontu wschodniego, zawiera informację o walkach na terenie Stalingradu, czy też o ewakuacji rannych żołnierzy. To także podróż rozprawiająca się z historią Niemiec, pokazująca, że propaganda była nie tylko po stronie rosyjskiej, że Niemcom też prano mózgi w sposób bardzo bolesny. W pewnej chwili przestajemy traktować oddział jako nazistów, lecz stają się oni dla nas zwykłymi wojakami, którzy walczą za cudze idee.
“Stalingrad” Josepha Vilsmaiera jest kolejnym dorosłym filmem, pokazującym okrucieństwo wojny. Tak samo jak „Das Boot” jest wyzuty z patosu, jest brudny, zimny i ponury. Klasyk.
