ONA:

Johnny Depp to jeden z tych aktorów, który może bawić się granymi przez siebie postaciami. On już nie musi niczego udowadniać. To aktor z najwyższej półki, a jego wszechstronność bije na kolana. Może być szalonym piratem, zwariowanym Kapelusznikiem, demonicznym golibrodą, ale bez problemu wchodzi w inne, nieco poważniejsze kreacje. Uwodził w „Czekoladzie”, a w „Dziewiątych wrotach” poznał samego diabła. Jednak ja zdecydowanie wolę go w tych bardzo nieszablonowych rolach, bo w tym jest najlepszy. Tym razem został arystokratą z pięknym wąsem, jeszcze piękniejszą żoną i sporymi problemami.

Mortdecai (J. Depp) poza tym, że ma kłopoty finansowe, a na jego apetyczną małżonkę Johannę (Gwyneth Paltrow) ostrzy zęby Martland (Ewan McGregor), to jeszcze bierze udział w dziwnej rozgrywce, której celem jest położenie łapy na ogromnym majątku. Tajemniczy obraz Goi ma bowiem na odwrocie spisane pewne dane, które prowadzą wprost do skarbu. Problem jednak polega na tym, że nikt tego obrazu od dawna nie widział, informacje o kodzie do bogactwa mogą być wyssane z palca, no i pojawia się pierwsza ofiara śmiertelna. Mortdecai ze swoim wąsem wchodzą w tę dziwną rozgrywkę, próbując rozwiązać tajemnicę, a przy okazji ugrać jak najwięcej dla siebie. I trzeba przyznać, że udaje się mu to wybitnie!

Pomimo momentami groteskowego zabarwienia całej produkcji, absolutnie nie można o niej powiedzieć, że jest przerostem formy nad treścią. Jest śmieszna, bardzo klimatyczna i intrygująca. To całkiem fajnie pokazana i podana historia lekko kryminalna, w której bez przerwy coś się dzieje. A przy okazji jest naprawdę całkiem śmiesznie. Deppowi co prawda zarzuca się, że jest tu bardzo „sparrowowy”, ale ja nie widziałam ani jednej części „Piratów z Karaibów”, więc ciężko mi powiedzieć. Jest bardzo charakterny, sarkastyczny, dowcipny i uroczy. Czego chcieć więcej? Jego filmowym przeciwieństwem jest Martland – powściągliwy stróż prawa, zawsze elegancki, ogolony, w idealnie skrojonym garniturze, nie pchający się do wątpliwych interesów i skrajnie zakochany w Johannie. Na ekranie pojawia się też Paul Bettany w roli wiernego przyjaciela głównego bohatera, przez łóżko którego przechodzą setki kobiet, jest tu też dawno nie widziany Jeff Goldblum, ciągle w świetnej formie.

ON:

„Jezu przenajświętszy!”. To była moja rekcja, gdy dowiedziałem się, że są filmy w których Johnny Depp nie występuje z Heleną Bonharm Carter. Wierzyć mi się nie chciało, że ten duet jest rozłączny – ja tej baby jakoś nie trawię. Jedyna jej rola, która naprawdę mi się podobała, to Marla z „Fight Club”. Więc gdy zobaczyłem, że Depp pojawia się na ekranie w towarzystwie ślicznej Gwyneth Paltrow, pomyślałem, że „świat się kończy”.

„Bezwstydny Mortdecai” jest specyficzną komedią sensacyjną, która bazuje na książce Kiryla Bonfiglioli “Don’t Point That Thing at Me”. To dzieło lekkie i dość łatwe w odbiorze, przynajmniej tak mi się wydawało. Wcielający się w rolę główną Depp dwoi się i troi, aby jego „ekscentryczna” postać była jak najbardziej „szalona”. Trzeba przyznać, że w pewnych momentach wychodzi mu to bardzo dobrze, a z ekranu bije fala abstrakcji. Niestety, są też chwile, podczas których będziemy wiercić się na fotelu i zastanawiać się „kiedy wreszcie coś się stanie?”.

Mortdecai jest brytyjskim arystokratą, złodziejem, pracownikiem galerii sztuki i współpracownikiem MI5, czy też MI6, cholera go tam wie. Z racji zaległych podatków wisi koronie brytyjskiej 8 milionów funtów. Kwota ta jest niebanalna, a jedynym sposobem na pozbycie się długu, jest współpraca z wywiadem i znalezienie pewnego bardzo drogiego obrazu, który kryje tajemnice z czasów wojny.

Mamy więc pierdzielnietego Deppa i jego niesamowitego lokaja i ochroniarza Jocka (Paul Bettany), który jest nie do zdarcia. Jest niezwykle seksowna Johanna, żona tego szalonego arystokraty, no i na koniec pojawia się jeszcze Martlad, pracujący dla rządu agent, który od zawsze kochał się w Johannie.

Tak naprawdę na obrazie zależy całej masie osób. Każdy chce mieć go dla siebie, bowiem wiąże się to z niesamowitymi możliwościami. Jeśli legenda jest prawdą na tyle dzieła znajduje się rachunek bankowy pewnego Niemca, który nakradł się złota jeszcze podczas II Wojny Światowej. Fortuna ta jest niebotyczna i każdy chciałby położyć na niej swoje ręce.

„Bezwstydny Mortdecai” jest bardzo nierówny. Początek wydaje się nijaki i nudny, ale dryga cześć tego filmu jest naprawdę śmieszna i zabawna. Im bliżej końca, tym więcej świetnej zabawy, a gagi są coraz bardziej absurdalne.

Jeśli lubicie lubicie kino z brytyjskim akcentem, opowiadające o lordach, szpiegach i jej Królewskiej Mości, to jest to dzieło dla Was.