ON:
Muzycznych emocji ciąg dalszy. Zakochany w progresywnych brzmieniach szukam nadal tych, które najmocniej chwytają za serce. Początki były dziwne i nadal nie potrafię zrozumieć, jak zaczęła się moja droga prowadząca przez wiele gatunków, zawierających prog w nazwie. Chyba pierwsi byli Floydzi, później Yes, trochę Pendragona, ale tak ociupinkę. Nie można zapomnieć o Hackettowych brzmieniach, oczywiście dość szybko do staruszków doszła ta młodsza ekipa – Porcupine Tree i Wilson, Sylvan, Gazpacho, RPWL oraz Airbag. Właśnie o tych panach z Norwegii będzie dzisiejszy wpis.
Pierwszy album „Identity” pozwolił im wypłynąć na szersze wody progresywnego morza i przedrzeć się przez nie prosto do serc wielu fanów. Jest w tej muzyce coś melodyjnego, malowniczego. Trochę jakby płaczliwy wokal Asle Tostrupa był zaproszeniem do podróży po drugiej stronie muzycznego lustra. Jednak nie wiem czy to debiutancki album był tym, który zrobił na mnie największe wrażenie. Dwa lata po nim pojawia się „All Rights Removed” i to chyba on jest najlepszym, na chwilę obecną, dzieckiem Norwegów.
Dla mnie to puszka muzycznej farby, rozlanej po przestrzeniach, pokojach i korytarzach. Kolejne kolory, nakładają się na siebie tworząc mozaikę którąś gdzieś już widziałem, a właściwie słyszałem. Wystarczy pogrzebać w płytotece, powyciągać krążki tych największych i wszystko staje się wiadome. Airbag pożycza wiele patentów od Floydów i Wilsona. Robi to jednak dość subtelnie, choć sprawne ucho fana złapie te pojedyncze dźwięki, które nadają kwintesencji utworom. Tytułowe „All Rights Removed” to gitara z „Time Flies” Porców. Jednak norweska aranżacja jest zupełnie inna, pełna wdzięku, jaki wygrał sobie zespół na debiutanckim krążku. 9-cio minutowy utwór kończy się nagle, by przejść w kolejny gitarowy pląs. Tyle że tym razem zaczynamy widzieć coś więcej, za kotarą dźwięków skrywa się świat gilmurowski, ten znany dobrze ze złotej ery muzyki Floydów. Piękne zawodzące gitary i solówki to jest to, czym uraczą nas w dalszej części płyty. Dodajmy do tego Hamondy, subtelnie mruczące w tle, a otrzymujemy kawał dobrego progrockowego pejzażu.
Dochodzi do nas, że mamy do czynienia z płytą złożoną, nie jest odkrywcza, ale kolejne nuty pasują do siebie w sposób idealny. By w pełni docenić takie granie musimy zasiąść w głębokim fotelu ze szklanką dobrej szkockiej. Sącząc bursztynowy płyn, przymknąć oczy i dać się pieścić dźwiękami, które zrobią z nami, co im się żywnie podoba. Wpierw przyjdzie rozluźnienie, ale gdy dojdziemy do 17-minutowego „Homesick I – III” to zdamy sobie sprawę z tego, że to nasz dreszczowiec. Już od pierwszej minuty ma tylko jedno zadanie, przyprawić nas o „gęsią skórkę”. To dzieło zamyka płytę. Gdy dwa poprzednie ścieżki wprowadziły nas w klimaty Gilmura i Watersa, to „Homesick” jest wręcz esencją tejże płyty. Składający się z trzech części zawiera wszystko, co powinien mieć neorockowy, czy też progrockowy stwór. Zaczynający się tak niepozornie i dopiero po 80-ciu sekundach dostajemy zajawkę, wprowadzenie w ten stan, gdy nasza skóra mówi nam, że to właśnie „TEN” utwór.
Airbag ma swój własny styl, co prawda częściowo zapożyczony od innych, ale wokalu Asle raczej nie podrobi nikt. Co z tego, że wtórnie jeśli naprawdę bardzo dobrze i melodyjnie. Warto aby płyty Norwegów znalazły się na półce każdego progrockowego fana.
