ONA:

Na świecie istnieje kilka rzeczy, którym nie odmawiam. Nie potrafię odmówić sobie oglądania na youtube filmików z psami i wracającymi z wojny żołnierzami. Nie potrafię odmówić sobie kupienia kolejnego lakieru do paznokci. Nie potrafię przejść obojętnie obok śpiącej do góry brzuchem Bowie, mimo, że jej treser nam tego zabrania. Ale ten brzusiu jest najcudowniejszym brzusiem na świecie! Nie potrafię przejść obojętnie obok czekolady, najlepiej z nadzieniem. I nie potrafię przejść obojętnie obok Marka Wahlberga. Łykam każdy jego film. KAŻDY! Więc trudno się dziwić, że prędzej czy później wpadła mi w łapki jedna ze świeższych produkcji z jego udziałem. Zatem dziś – idziemy na wojnę.

Zacznę od gorzkiej prawdy – moim zdaniem nie ma szans, by jakikolwiek polski twórca pokazał kiedyś grozę wojny w sposób, jaki zrobił Peter Berg, reżyser i scenarzysta filmu „Lone Survivor”, na rodzimym rynku znany jako „Ocalony”. Tak, ten film warto zobaczyć, warto przeżyć tę historię, bo pomimo, że ja nie jestem fanką kina wywracającego bebechy na lewą stronę – ta produkcja zmiażdżyła mi głowę. Jestem zachwycona, a moje wzruszenie mieszało się z przerażeniem i ogromnym zaangażowaniem w fabułę.

Historia, którą na dużym ekranie pokazał Berg, wydarzyła się naprawdę – jeśli film wita mnie takimi słowami, z miejsca mam gęsią skórkę. Nie wymagajcie ode mnie wiedzy na temat poczynań wojennych, które toczyły się w przeciągu ostatniej dekady – ja wiem, że gdzieś tam wojna jest i właściwie tyle. Proszę mnie nie osądzać – polityka interesuje mnie dopiero wtedy, kiedy dotyczy mojej własnej dupy. Ale teraz pocwaniakuję, bo mam otwartą wikipedię. Operacja Red Wings miała miejsce 27 czerwca 2005 roku. Grupa skrajnie dobrze wyszkolonych sealsów miała pozbyć się pewnego skurwiela. Żołnierze wytrenowani byli w jednej z najbardziej prestiżowej grupie, do której trafiają najlepsi, a najlepsi z najlepszych kończą owo szkolenie. Tą konkretną akcją miała się zająć czwórka: Michael, Danny, Matthew i Marcus. To nie była łatwa misja, ale też nie należała do samobójczych. I jedna decyzja, położenie losu cywili na szali sprawiła, że rozpętało się totalne piekło, z którego nie ma wyjścia. Otoczeni ze wszystkich stron przez uzbrojonych po zęby (o ile je mają) Talibów, walczący do utraty tchu, pod ciągłym obstrzałem, bez łączności, z kończącymi się pociskami… Było ich czterech… Było.

Wiecie czym ten film deklasuje wszystko i wszystkich? Realizmem, prawie mieszającym się z brutalnością. Sceny walki, strzały, próby ucieczki, upadki ze skał, stłuczenia, otarcia, złamane kończyny – to wszystko jest tak strasznie autentyczne i przerażające, że z niesmakiem, ale i zafascynowaniem oglądamy dalej. Ten film nie daje nam chwili odpoczynku, ani wytchnienia. Tam ciągle jest akcja, ciągle się coś dzieje, a bohaterom ciągle coś zagraża. Nie ma przestojów, nie ma spowolnień – kule latają nam blisko głowy, kamera jest bardzo dynamiczna, a w tle wisi tragedia. Absolutnie nie czytajcie nic na temat samej operacji, nie czytajcie żadnych spoilerów, najlepiej przestańcie czytać nawet tę recenzję – każda informacja może Wam zepsuć całe przeżywanie tego fenomenalnego dzieła, które jest genialne pod każdym względem. Aktorsko, montażowo, fabularnie – klasa. Nie mogłam oderwać się od tego dzieła i chyba do 3 nad ranem jeszcze rozkminiałam nad tym filmem. Bardzo, bardzo, bardzo polecam. I nie dajcie sobie wmówić, że to dzieło „propagandowe”, bo i w nim znajdzie się „ten dobry” wśród złych.

ON:

Staram się nie być uprzedzony do mniejszości narodowych, ale niestety – mniejszości narodowe nie pozwalają na takie traktowanie. Wiem, że nie można wszystkich wkładać do jednego wora, bo jest to ogromną niesprawiedliwością. Tyle, że jeśli te osoby nie będą się potrafiły upilnować w swoich własnym małych komórkach, to kiedyś dojdzie od masakry, bowiem komuś przeleje się ta odrobina goryczy, a biały człowiek zrobi kolejną krucjatę, nie patrząc na jej koszt. Właściwie to już trwają takie vendetty, a zebrane podczas nich żniwo jest bardzo krwawe.

Dziś o filmie, który nie należy do lekkich. To nie kino wojenne z łopoczącą na wietrze flagą, przepełnione patosem i niezniszczalnymi bohaterami. Tutaj jest odwrotnie. Flaga czasem się zakołysze, ale jej gwiazdki zabrudzone są błotem i zbrukane krwią poległych, patos to waluta, której brak i wydaje się tak samo realna jak ZUS-coiny, a bohaterów jest czterech, tyle, że to zwykli faceci z krwi i kości, a jedyna przewaga nad statystycznym Kowalskim to ich mordercza wytrzymałość, nabyta podczas miesięcy zabójczego treningu.

Operacja Red Wing miała miejsce w 2005 roku. Zakończyła się totalnym fiaskiem, a jedynym żołnierzem, który ją przeżył jest Marcus Luttrell. Dodam: jednym z czterech wysłanych na misję. Po powrocie Marcus napisał książkę pt. „Przeżyłem Afganistan”, to na jej podstawie Peter Berg nakręcił przejmujący obraz wojny i braterskiej walki o życie. Jak sami o sobie mówili żołnierze oddziału Luttrella, są „The Band of Brothers”, „Kompanią Braci”. Trochę jak w serialu Spielberga mamy do czynienia z wojną, która niszczy nie tylko ciało, ale i ducha.

Początek opowieści wprowadza nas w meandry amerykańskiej armii. Żołnierze siedzący w bazie, czekają na swoją wielką misję, polowanie na Talibów to codzienność, a złapanie grubej ryby przynosi zaszczyty i honory, tak bowiem rodzą się bohaterowie. Jest ich czterech: Marcus Luttrell, Mike Murphy, Danny Dietz i Matt Axelson. Każdy z innym charakterem, osobowością, marzeniami i problemami, ale wszyscy na jednej misji. Cel – zabić Ahmeda Shada. Terrorystę, psychopatę, kolejnego, który w imię boga zabija niewinnych. Do pewnego momentu misja przebiega sprawnie i poza małymi zakłóceniami łączności wszystko idzie dobrze. Problemy zaczynają się w momencie, w którym dochodzi do konfrontacji pomiędzy oddziałem, a lokalną ludnością. Trójka pasterzy kóz, która natknęła się na patrol, to potencjalne zagrożenie i należałoby ich zlikwidować. Niestety, dowódca nie pozwala na tak drastyczny krok i puszcza wolno autochtonów. Ta jedna ludzka decyzja pociąga za sobą ciąg wydarzeń, które zadecydują o życiu i śmierci całego oddziału.

Film jest brutalny, kolejne trupy padają pod kulami amerykańskich komandosów, ale posiadający przewagę liczebną Talibowie szybko ze zwierzyny staną się łowcami, brutalnymi i bezwzględnymi. Kierujący się tylko fanatyzmem są wrogiem, którego nie można lekceważyć. Widzimy bezradność w starciu z nimi, widzimy oddanie swoim towarzyszom broni, widzimy jak kruche jest ludzkie życie. To także opowieść o tym, że przyjaciół znajdziemy w najmniej oczekiwanym miejscu. Warto.