ONA:
Piszę te słowa z ciężkim sercem. Za równe 3 miesiące ulegnę ogólnemu postarzeniu i pewnie niedługo potem znowu złapię się na tym, że tamta Paula już nie istnieje. Jest nowa, starsza, która do czasów „zamierzchłych” zagląda z nostalgią. Wszystko było lepsze. Truskawki były smaczniejsze, koledzy przystojniejsi, a filmy o Batmanie porywały, a nie nudziły. Smutne to podsumowanie będzie. 4 filmy, 3 aktorów w roli głównej, 2 reżyserów i tylko JEDNA część, która nadal mnie kręci. Chyba wyrosłam z klasycznych Batmanów. Albo inaczej – to, co Ch. Nolan zrobił z tą postacią jest tak cholernie perfekcyjne, że pierwowzory mogą kwiczeć z rozpaczy, bo nie dorastają Mrocznemu Rycerzowi do pięt. Przyjęta w tamtych czasach konwencja zezwalała na kicz, przerost formy nad treścią, dziwne ujęcia i fabuły, które są wzajemnymi kalkami. Dla współczesnego odbiorcy to pozycja „klasyczna”, ale mało kto przyzna, że któryś z tych czterech filmów jest idealnym obrazem Nietoperza.
W czwartej części przygód Batmana, wyposażonego w kombinezon z sutkami i młodego przydupasa, jest tak wątków, że można stracić głowę. Oczywiście mamy 2 wrogów: jest pan Freeze (Arnold Schwarzenegger), od którego ciągnie lodem oraz Poison Ivy (Uma Thurman), która z kolei jest niczym Matka Ziemia. Tylko pieprznięta. I wkurwiona. I on, i ona są naukowcami, którzy w zasadzie nie chcieli źle. On szukał lekarstwa, które mogłoby pomóc jego żonie, ona – z zacięciem nawiedzonej ekolożki, walczyła o zdrowie planety. Niestety, na skutek różnego rodzaju okoliczności niezbyt łagodzących, para naukowców dostała fisia i delikatnie mówiąc stali się aspołeczni. To tyle, jeśli chodzi o przeciwników. W tym samym narożniku co Batman stoi Robin. Razem tworzą niesamowicie zgraną parę, którą poróżni kobieta i o dziwo nie będzie to krewna starego (i schorowanego), dobrego Alfreda, która dość szybko znajdzie drogę do skrzętnie skrywanej jaskini.
Oglądałam tę ostatnią część tak przytępiona i zadżumiona, jak nigdy. Kiedy do koszyka wpadły mi te „Batmany” – byłam wniebowzięta. Tymczasem rzeczywistość okazała się brutalna. Ja już z tego poziomu kina superbohaterskiego wyrosłam i jedyne uczucie pozytywne, które żyje we mnie z powodu tych filmów, to sentyment. Fabularnie – nuda. Aktorsko – nędza. W tej ostatniej części silono się na większy dowcip, bo właściwie to śmieszne, kiedy Batman do pyskującego Robina mówi „I dlatego Spiderman pracuje sam”. Różnica w technicznym podejściu do filmów na przestrzeni lat jest kolosalna. Ale patrząc dziś, mając już za sobą tak wiele filmów ze spektakularnymi efektami, oglądając klasyczne dzieła o Nietoperzu można jedynie parskać śmiechem. Ale cóż.
Nie czuję, że zmarnowałam te 4 dni. Ale w te 4 dni „dorosłam” na tyle, by odciąć się od patologicznego uwielbiania Batmana w każdej produkcji. Mam swoje ulubione – to mi wystarczy. Z żalem mogę dodać to, że Mroczny Rycerz w ujęciu nolanowskim już więcej razy nie zawita na dużym ekranie. Chociaż mam ogromną nadzieję, że będzie inaczej.
ON:
Cztery dni ze starymi Batmanami dobiegły końca. Jeśli jeszcze dwa pierwsze, wyreżyserowane przez Burtona filmy miały klimat, były swoistymi dziełkami jak na ówczesne czasy, to ich następcy (mowa o dwóch obrazach, które wyszły spod ręki Joela Schmachera) – to kompletna kaszanka. Dziś kilka słów o ostatnim ze „starych batmanów” – „Batmanie i Robinie”.
Ten film nie jest może najgorszym, jaki powstał w historii kina, ale na pewno jest najgorszym, jaki opowiada o przygodach Człowieka Nietoperza. Z gotyckiego klimatu nie pozostało nic. Schumacher lubuje się kolorach, kolorkach, odblaskach, i fosforyzującej farbie. Nocnym mścicielem tym razem jest George Clooney, a jego przeciwnikami Mr. Freeze (Schwarzenegger) oraz Poison Ivy (Uma Thurman). Pan nietoperz nie będzie jednak samotnie walczył ze złem, bowiem pomogą mu Robin i Batgirl. Jak widzicie -ekipa mistrzowska.
Nie wiem, co można powiedzieć dobrego o tym obrazie. Jest mi naprawdę ciężko znaleźć jego mocne strony. Przypomina mi on trochę kaszankę, zwaną także kiszką lub krupniokiem. Da się to jeść, ale bez odpowiedniego przyrządzenia mamy do czynienia z kaszą i krwią, niczym więcej. Właśnie taki jest „Batman i Robin” – brak przypraw, smaku, klimatu. po prostu kasza wrzucona na filmową patelnie, wrzucona z nadzieją, że może zjawią się głodni przygód Nietoperza. Niestety, tak się nie stało.
Kolejne minuty powodują, że cierpimy. Głupie sceny i dialogi ciągną się przez dwie godziny. Myślimy sobie za jakie grzechy musimy przez to przechodzić i potem dociera do was, że przecież nie musimy. Wystarczy tylko wyłączyć telewizor i zapomnieć o tym koszmarku. Dziwi mnie, że dobrzy, znani aktorzy, decydują się na grę w czymś co finalnie otrzymało „Złotą Malinę” i pewnie inne „prestiżowe” nagrody, to tak jakby swoim nazwiskiem podpisywać się pod kupami zapakowanymi w złotka. Szkoda trochę. Widocznie w życiu każdej gwiazdy nadchodzi taka rola.
Odradzam Wam tego nietoperza z całego serca. Jeśli posłuchacie mojej rady to zaoszczędzicie dwie godziny życia. Dwie godziny, które można wykorzystać w inny sposób. Np. śpiąc.
