Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY RECENZJA

Batman Forever

ONA:

Jeśli powstają filmy, które kręcą się wokół tych samych bohaterów, np. Star Wars, przygody Harry’ego Pottera, czy choćby ta durna saga o wampirach w brokacie – nie ma szans, żeby nie porównywać ze sobą poszczególnych części. To naturalne i nie można z tym walczyć – tak jak nie można kichnąć z otwartymi oczami. Jeśli chodzi o „klasyki” z Batmanem w roli głównej – mam podobnie. Pierwsza część – meh. Drugą kocham. Trzecia – to kompilacja różnego rodzaju „naj”. Jakich? O tym za moment. Batman (Val Kilmer), jak to Batman – zawsze ma w cholerę roboty (czy ja zatem nie jestę Batmanę?!). Tym razem dzieje się w jego życiu dość konkretnie. Oczywiście, musi być wątek miłosny – po raz kolejny w jego objęciach pojawia się jakaś niunia – standardowo wysoka blondyna – dr Chase Meridian (Nicole Kidman), która sama nie wie, czy bardziej kręci ją Bruce, czy Nietoperz. Dodatkowo, Wayne postanawia przyjąć pod swój dach młodego kolesia, cyrkowca, który w tragicznych okolicznościach stracił całą rodzinę. Dick (Chris O’Donnell) szybko odkrywa podwójną tożsamość bogacza i postanawia zostać jego partnerem. I właściwie przyda się, bo Nietoperz ma ciężkie wyzwanie przed sobą. Dwie Twarze (Tommy Lee Jones) i Człowiek-Zagadka (Jim Carrey) postanawiają za wszelką cenę się go pozbyć.

Jeśli miałabym przyznawać odpowiednie nagrody w kategorii „naj” to „Batman Forever” zgarnął by jedną, za najgorszą fabułę – nudną, przewidywalną i snującą się strasznie, a to przecież kino akcji – ono ma wciągać i porywać! Idźmy dalej – najgorszy Batman również pojawia się w tym filmie. Sorry, ale nie jestem w stanie w Valu Kilmerze dopatrzyć się czegokolwiek, ani to ładne nie było, ani w tym filmie nie za bardzo pokazał na co go stać… Jak mi ktoś powie, że najgorszym Batmanem był Clooney – wyśmieję go. George jest chociaż PRZYSTOJNY!!! Ale spokojnie – wdech i wydech. Ta część przygód Nietoperza ma też plusy. Bez dwóch zdań Carrey jako Zagadka wypada najlepiej! Jest nieobliczalny, demoniczny – trochę przypomina mi Jokera w wersji by Heath Ledger. Tommy Lee Jones też całkiem znośnie odnalazł się w roli Dwóch Twarzy, ale niestety – to, co z tą postacią zrobił Aaron Eckhart, dopiero jest mistrzostwem świata! Co dalej? Mam wrażenie, że „Forever” to najbardziej ukomiksowiona wersja filmu. Jest trochę kiczowato, scenografia i poszczególne ujęcia przypominają bardziej ramki z kolorowego zeszytu z dymkami, niż film w sensie dosłownym. Wielokrotnie miałam wrażenie, że ruch, błyski światła były „namalowane”, a nie nagrane. Ale bez dwóch zdań muzyka, wypełniała wszystkie luki. I to U2 na końcu… Mmmmm!!!

Z Batmanami jest zupełnie jak z filmami o Jamesie Bondzie. Jeśli fabuła + główna rola dają radę – cały film też da. W „Batman Forever” wyszło średnio, ale nie rozpaczliwie i źle. Po prostu czasami zmiany niekoniecznie dobrze wpływają na całość. Joel Schumacher złym reżyserem nie jest, ale… Cóż, miło było zobaczyć naturalnie wyglądającą Kidman i Kilmera bez cycków.

ON:

Oglądając „Batman Forever” mam ból zębów. Ten film jest słaby, jest zły i co najgorsze – jest filmem o Batmanie. Do tej samej beczki wrzucić można „Batmana i Robina”, ale o tym będzie jutro. Dziwnym jest, że za reżyserią tego gnieciucha stoi Joel Schumacher. Możecie kojarzyć go z lat 80-tych i 90-tych, miał on wtedy swoje najlepsze chwile. Nakręcił genialnych „Lost Boys” i „ Linię życia” oraz „Upadek”. Jednak tamte dzieła mijają się o lata świetlne z Batmanami, które nie nadają się do niczego.

Jeśli dobrze pamiętam „Batman Forever” widziałem po raz pierwszy w kinie i zastanawiam się dlaczego nie poprosiłem o zwrot kasy za bilet. Gdy porównam to dzieło do produkcji Burtona, to tak jakbym porównywał świnie do rasowej klaczy. Kicz wylewający się z ekranu powala, całość jest przerysowana, nawet jak na komiksowe standardy. Każda z postaci jest głupia i nie pasująca do całej produkcji. Dwie Twarze, Człowiek Zagadka i Robin to tylko trzy osoby, które doprowadzają mnie do szewskiej pasji. Tutaj nie ma dobrych elementów. Zdjęcia są przeciętne, a najazd na dupę Vala Kilmera w chwili gdy ubierze kostium, to już jawna przesada.

„Batman Forever” skupia się wokół osoby Denta oraz Nygmy. Przedstawia krok po kroku ich dążenia do złego. Pomiędzy tym wszystkim narodził się Robin. Gdzieś brak tutaj brudnego, komiksowego kadru. Całość okraszona jest dziwacznymi, jaskrawymi kolorami, które także nie pasują do tego dzieła. No właśnie – nawet kolorystyka jest zła.

Po dzisiejszym seansie zastanawiałem się jak tym filmem można się zachwycać i czy jest osoba, która to kiedykolwiek robiła? Gdy usłyszałem pierwszy „gag” o kanapkach, pojawiający się na początku filmu, nie wiedziałem, czy mam się zaśmiać, czy może zapłakać. Schumacherowski Człowiek Nietoperz to parodia kina superbohaterskiego. Nie jest to film akcji, nie jest to komedia, a co najważniejsze nie jest to dzieło zasługujące na wpisanie je na listę komiksowych adaptacji. To niesmaczny żart, który zrobiono fanom. Radzę omijać ten film szerokim łukiem.