ONA:

„Sposój na blondynkę” to film, który znany jest z powodu kilku scen. Dość – nazwijmy to -„drapieżnych”. Ale ja lubię taki film, taki humor, a przycięte męskie części intymne i nasienie we włosach – jakby to powiedzieć – nie ruszają mnie wcale. Wszystko zaczyna się jakiś czas temu. Poznajemy głównego bohatera pod koniec jego licealnych dni. Ted Stroehmann (Ben Stiller) to taki trochę dziwak. Ma dziwną fryzurę, biżuterię na zębach i raczej trzyma się z dala od tych wszystkich pięknych, długonogich dziewczyn i umięśnionych kolesi. On komfortowo czuje się w towarzystwie równie „innych” osób, co on. Jest inteligentny, na swój sposób uroczy i nieśmiały. Ale kiedy widzi, że ktoś robi sobie żarty z opóźnionego w rozwoju Warrena, staje w jego obronie. Widzi to siostra poszkodowanego, przepiękna Mary Jensen (Cameron Diaz), w której Ted się kocha, ale to zdecydowanie nie jest dziewczyna z jego ligi. I wtedy ona zadaje pytanie „Pójdziesz ze mną na bal?” Chłopak jest prze szczęśliwy. Jego skryte marzenia nagle, zupełnie niespodziewanie się spełniają. W dzień balu pełny nadziei przyjeżdża pod dom Mary. I wszystko byłoby super, gdyby nie dwa incydenty. Najpierw, chcąc oczarować wszystkich domowników, robi sztuczkę, na którą dość specyficznie reaguje Warren, a później… No cóż. Później jego męskość znalazła się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwym czasie. Scena w łazience, w której to ukrywa się „przycięty” Ted to jedna z najbardziej abstrakcyjno-dowcipnych scen, jakie kiedykolwiek widziałam… A później wiadomo: krwotok, karetka, pogrzebanie marzeń i trauma, która szła za nim przez resztę życia. Nawet terapia niewiele pomogła dorosłemu Tedowi. Jakoś tam sobie żył, ale ciągle myślami był z Mary. I wtedy postanowił ją odszukać. Zadanie to powierzył profesjonaliście – Patowi Healy (Matt Dillon), który miał namierzyć kobietę, sprawdzić jak jej się układa życie i zdać raport Tedowi. Ale kiedy Pat zobaczył piękną blondynkę stwierdził, że musi nieco pokombinować, bo sam zaczął mieć na nią apetyt… Wcisnął Tedowi mega tandetny kit, w który ten oczywiście uwierzył, a sam porzucił całe swoje dotychczasowe życie i przy pomocy mniej lub bardziej cwanych sposobów, postanowił zdobyć Mary… Ale Tedowi po pewnym czasie zaczęło coś śmierdzieć… Ruszył sam na poszukiwania swojej pierwszej i ostatniej miłości.

„Sposób na blondynkę” to jedna z tych durnych komedii, które po prostu śmieszą. Przemyślane gagi, abstrakcyjne sytuacje i humor, który jest i seksistowski, i rubaszny, i inteligentny – to połączenie, które nawet po latach nie traci świeżości. Zdecydowanie nie jest to moja komedia nr 1, nie oglądam jej jakoś wybitnie często, ale kiedy podczas skakania po kanałach trafiam na nią, to już najczęściej przy niej zostaję… Dziwne to, bo ani wielka fanką Stillera, Dillona, ani Diaz nie jestem. Więc skoro nie chodzi o warstwę aktorską, musi chodzić o coś innego.

Jeśli jeszcze jakimś cudem nie zetknęliście się z tym filmem, to mogę Wam polecić go z czystym (bo nieużywanym) sumieniem. A jeśli go znacie, to właściwie czemu nie obejrzeć go po raz kolejny?

ON:

Strasznie nie lubię Cameron Diaz. Dla mnie to taka koścista, wysuszona rodzyna z szerokim uśmiechem. Aktorka także z niej przeciętna, a swój talent (jeśli taki posiada) marnuje w średniawych komedyjkach. Ostatnio, chyba po raz drugi w swoim życiu, obejrzałem „Sposób na blondynkę” i utwierdzam się w powyższym przekonaniu.

Ta komedia z 1998 roku ma swoje lata i naprawdę ciężko konkurować jej z innymi, nowszymi, ale i starszymi historiami. Nie urzekła mnie kiedyś i nie zrobiła tego teraz. Myślę, że to combo Stiller/Diaz powoduje u mnie takową awersję. Jeśli kolesia jakoś przetrawię i uważam, że jako Mitty sprawdził się genialnie, to pani Diaz jest po prostu słabiutka.

Chyba nie ma osoby, która nie widziała tego filmu. Ominąć on mógł kogoś, kto urodził się w połowie lat 90-tych, ale nawet później tyle razy go powtarzali, że trzeba było mieszkać w piwnicy Fritzla, aby nie widzieć tego dziełka. Wszystko zaczyna się wiele lat temu, kiedy to Ted Stroehmann przytrzasnął sobie wora suwakiem swoich pięknych spodni. Jego osoba stała się znana, a o wypadku dowiedziało się pół stanu. Niestety, wydarzenie spowodowało, że dziewczyna, z którą miał iść na bal, musiała zrezygnować z imprezy, a on nie widział jej przez następne naście lat. Dnia pewnego zdaje sobie sprawę z tego, że tak naprawdę to chyba nadal ją kocha i chciałby się dowiedzieć, co się u niej dzieje. W tym celu wynajmuje kolesia, który ma ją odnaleźć, niejakiego Pata. Ten facet dziwakiem jest nieprzeciętnym, ale ze swojego zadania wywiązuje się niebywale dobrze, szkoda tylko, że nie mówi prawdy swojemu zleceniodawcy. Dlaczego? Bowiem ukochana Teda, Mary, jest ładną, zadbaną, dzianą i samotną kobietą. Babeczką, wokół której wystarczy się dobrze zakręcić i być ustawionym na resztę życia. Zawiedziony Ted postanawia się poddać i tylko przypadek sprawia, że dowiaduje się prawdy na temat kobiety, którą kocha.

Oczywiście po drodze czeka nas komedia pomyłek, głupich dowcipów i naśmiewania się ze stereotypów. Wszystko na pewnym równym poziomie, ale daleko mu do chamskich komedyjek ze Stillerem, które w tej kategorii są o niebo lepsze. „Sposób na blondynkę” jest filmem przeciętnym i nie wszystkim musi podejść. Mi na przykład nie podchodzi, ale to wina pani Diaz. Jeśli chcecie go obejrzeć, to okej, ale ja uważam, że poza sceną z worem w suwaku nie ma tutaj nic więcej, co by należało zobaczyć.