ONA:

Kiedy świat z płonącymi policzkami czekał na „Nimfomankę” Larsa von Triera, potencjalni widzowie podzielili się na tych, którzy byli spragnieni filmowych wrażeń, metaforycznych głębin i psychologicznych analiz, a także na tych, którzy zastanawiali się, czy sceny seksualne były prawdziwe, dogłębne, czy tylko takie tam pocieranko. Cóż. Bez wstydu mogę przyznać się do tego, że ja należałam do grupy 2, ale hej – czego spodziewać się po fance „Die Hard”? 

O ile w części pierwszej seks – główny bohater filmu – był nieco zwierzęcy, ale nadal bardzo zmysłowy, uwodzicielski i naiwnie sympatyczny, tak w części drugiej to coś z garunku hard, rough, brutal. Za fasadą narracji, prowadzonej przez Joe w pokoju u Seligmana, zaczynamy odkrywać absolutne uzależnienie, dokładnie takie samo jak to w przypadku alkoholu i narkotyków. Joe ma momenty, kiedy dumnie (chociaż dumnie to zdecydowanie złe słowo) obwieszcza, że jest nimfomanką, a nie „uzależnioną od seksu”, a potem desperacko próbuje ten seks ze swojego życia wyrzucić. Podczas seansu miałam wrażenie, że zanim von Trier zaczął w ogóle kręcić to dzieło, zrobił sobie listę dewiacji, które koniecznie musiały się znaleźć. Był przygodny seks, seks sportowy, seks jak w zegarku, był seks w związku i poza nim, były zdrady, było mocno. A potem nagle zaczyna się lanie po dupsku. Ale nie takie ot, klaps i zadrżenie pośladka. Ostre razy, lądujące na coraz bardziej zaczerwienionej części ciała, wymierzane przez kolesia, który zajmuje się tym zawodowo. Wiecie co? W tym filmie jest też seks homoseksualny i pedofilski. Kombo. Brakuje tylko geronfo- i zoofilii. A finał części drugiej to dźwięk i ciemny obraz. Żeby jeszcze bardziej wszystko skołować.

Artyzm, wylewający się z „Nimfomanki”, rozbudowane metafory, próba zabawy w psychoanalityka i cholera co jeszcze, w połączeniu z tak naturalistycznymi scenami seksualnymi i nie tylko (ot, sikanie, krwawiąca łechtaczka itp.) to dla mnie, prostej widzki, zbyt dużo. Ja rozumiem, że to Lars i właściwie gdyby ten film nakręcił ktoś inny, to śmielej bym mogła napisać, że mi się średnio podoba. A tak – mamy kolejny dowód na to, że koleś jest pieprzonym i pieprzniętym geniuszem, który drugie dno, ba – drugie i kilka kolejnych, tworzy w mgnieniu oka. W „Nimfomance” najbardziej fascynuje mnie postać Seligmana, którego intelekt powoduje u mnie dreszcze. Ten bohater sprawia, że zaczynamy pewne rzeczy łączyć w całość. A Joe? Dla wielu facetów ta kobieta to ucieleśnienie marzeń, fascynacji i fantazji. Zawsze gotowa i do tego gotowa na wszystko. Tylko moim zdaniem, Joe to postać skrajnie tragiczna, bowiem w jej życiu, mimo tych wszystkich poszukiwań, eksperymentów i przekraczania siebie i swojej cielesności, był tylko jeden facet. Nie Jerome. Nie ich syn. Był to jej ojciec. „Niepowodzenie” życiowe z ojcem pociągnęło za sobą kolejne. Bo tak naprawdę Lars von Trier w tym filmie pastwi się nad facetami.

„Nimfomanka” to film ciężki. Obdzierający. Absolutnie nie chciałabym go zobaczyć w ciągu, bowiem obawiam się, że przytępiłabym się jak po lobotomii. Ale i tak warto poświęcić te kilka gdzin, bowiem to dzieło, jak żadne inne, opowiada o ludziach – z ich wszystkimi przywarami. Obdziera ze złudzeń, ze zbędnych efektów, pozbawia wrażliwości i tak – daje do myślenia.

ON:

Po seansie „Nimfomanki” nie miałem złudzeń, że jej drugi epizod będzie musiała szokować. Gdy zobaczyłem napisy końcowe, to zaczynam zastanawiać się, czy rozbicie tego dzieła na dwie odrębne części był dobrym pomysłem. Ta bardzo gruba krecha oddzielająca od siebie oba dzieła, pokazuje ich diametralną różnorodność.

Gdy pierwsza “Nimfomanka” była kinem lekko kontrowersyjnym, to jej kontynuacja zaczyna schodzić na ciemną drogę. Tutaj nie ma już lekkiego seksu, a to ,czego dopuszcza się na swoim ciele dojrzewająca Joe, w pewnym momencie jest drastyczne i ciężko to zobaczyć nawet w pornosach. Powiernik jej historii – Seligman, stara się ją zrozumieć, a każdy jej wywód staje się dla niego powodem do dywagacji. Ona kieruje się wyrachowanymi emocjami, a on jest szkiełkiem i okiem tejże historii. Gdy Joe jest wylewna i otwarta, dzieli się najskrytszymi tajemnicami, on po prostu jest, siedzi i słucha.

Opowieść nimfomanki zaczyna przybierać formę mrocznego monologu o samozatracaniu. Jak daleko posunie się człowiek, aby zaspokoić swoje, nawet najpodlejsze żądze? Okazuje się, że daleko. Nie myślimy wtedy o innych osobach, o bliskich, o ich potrzebach. Dla Joe najważniejszym było oddanie się dzikiej namiętności. Ból i cierpienie stały się jej ucieczką i jednocześnie karą za zasmakowanie w seksie. Odstawiony na boczne tory Jerome stara się ratować ich związek, ale aby coś uratować – trzeba do tego dwóch osób. W tym przypadku jedna z nich tego nie chce. Pamiętajcie jednak – zemsta przychodzi znienacka i najlepiej smakuje na zimno.

W tym filmie nie ma odkupienia, nie ma żalu za grzechy, każdy ma coś za uszami i nie zamierza się z tego tłumaczyć. Jedynie Joe cały czas wylewa z siebie swoją odpowiedź, jakby była to jej spowiedź. Wcielająca się w Joe Charlotte Gainsbourg, córka sławnego Serge’a, surowością zauroczyła widza i Seligmana. Tylko ciężko mi tak powiedzieć kogo bardziej. Oglądający film może się jednak nie poddać jej urokowi, co z łatwością robi filmowy powiernik jej historii. Mówi się trudno. Wszystko przez reżysera, gdyż Trier zaczyna zatapiać się we własnym filmowym, bardzo artystycznym świecie, które nie do końca może być zrozumiane przez innych. „Nimfomanka” nie ma plastyczności jaką posiadał „Antychryst” i na dodatek jest po prostu za długa, a jej zakończenie… No właśnie pozostawiam je do Waszej oceny.