ONA:
Zacznę od śmiechowej informacji. Wyobraźcie sobie, że jedna z najlepszych polskich komedii ostatnich lat, na najpopularniejszym rodzimym portalu filmowym, ma ocenę poniżej 6, czyli jest pozycją „niezłą”. No nie mogę wyjść z podziwu, naprawdę. A „Testosteron” to obowiązkowa pozycja dla wszystkich fanów komedii, no jest moim zdaniem wzorcowym przykładem na rewelacyjny humor, którego w naszej rodzimej kinematografii długo nie było…
Wszystko odbywa się w malowniczym dworku, w którym ma odbyć się wesele. Nic nadzwyczajnego, prawda? A jednak. Trudno mówić tu o weselu, kiedy nie doszło do zaślubin, gdyż piękna gwiazdka pop – Alicja (Magdalena Boczarska) w ostatniej chwili się rozmyśliła i do tego zrobiła to w spektakularnym stylu, wpychając swój język w usta Sebastiana Tretyna (Maciej Stuhr), który absolutnie nie był jej narzeczonym. A potem już było z górki. Awantura pod ołtarzem zmieniła się w regularną bijatykę. Koniec końców w miejscu, w którym ma odbyć się wesele, po ślubie, do którego nie doszło, lądują: Kornel (Piotr Adamczyk), czyli „pan młody”, jego przyrodni brat Janusz (Cezary Kosiński), ojciec obu panów – Stavros (Krzysztof Stelmaszyk). Całość dopełnia gitarzysta niewiernej Alicji – Fistach (Tomasz Karolak) i kumpel Kornela – Robal (Tomasz Kot). Na miejscu w kelnerowanie bawi się Tytus (Borys Szyc) i w tym składzie panowie spędzą najbliższy czas, próbując rozłożyć „te suki” na łopatki. Bo jak się okazuje, nie tylko pan młody ma za sobą problem z kobietą. Właściwie każdy z naszych bohaterów jest po przejściach…
Andrzej Saramonowicz, scenarzysta filmu „Testosteron” zrobił coś niesamowitego. Po pierwsze: stworzył fabułę bardzo lekką i jednocześnie bardzo inteligentną, naszpikowaną fajnymi tekstami i opatrzoną genialnym humorem. Nie było tu żadnego srania, pierdzenia, tylko lawirowanie pomiędzy kolejnymi kobiecymi udami, co wcale nie było przyjemne i proste. Niewątpliwym plusem tej produkcji jest zgromadzenie w jednym miejscu wybitnych aktorów, nie tylko komediowych, którzy zagrali brawurowo. Stuhr jest przeintelektualizowanym kolesiem, który ma wytłumaczenie na wszystko, Adamczyk to pierdoła, której ciągle się coś udaje. Kosiński stara się być fair, a Stelmaszczyk to maczo morderca, samiec alfa. Karolak z kolei, mimo swojej rockandrollowości jest bardzo wrażliwym, poharatanym mężczyzną, a Kot – no cóż, Robal jest po prostu uroczy. Szyc to taki mini samiec alfa. Taki „wanna be”. I właśnie za to swoje podejście będzie płacił karę. Cała historia zatacza krąg, ale zanim dojdziemy do finału, mamy mnóstwo komicznych sytuacji po drodze. Psychodramy, wspomnienia, wkurwienie i rozpacz, a wszystko podlane solidną dawką gorzały. I dla mnie, przedstawicielki tej drugiej płci – smutny wniosek. Potrafimy być sukami. Takimi, które ryją głowę, psują wyobrażenie i niszczą…
W czasach kiedy nazwisko „Szyc” i „Karolak” nie wyskakiwało z lodówki, z każdego medium i z każdego bilbordu, mogę ich śmiało postawić na tej samej szali, co Stuhra – jednego z najlepszych aktorów w Polsce. Dziś – smutno, bo po 7 latach o premiery „Testosteronu”, obaj panowie stali się synonimem tandety i braku pomysłu na zarządzanie własną karierą. Dziś znamy ich bardziej z pudelków i z problemów, skądinąd – z dupami.
Jutro babska odpowiedź na „Testosteron”, czyli czy aby na pewno „baby to chuje”?
ON:
Kilka lat temu dwie polskie komedie weszły z hukiem na ekrany kin i namieszały w rankingach popularności. Jednym z nich był „Lejdis”, drugim opisywany dziś „Testosteron”. Wszystko przez to, że oba obrazy zerwały ze stereotypami i nie bały się jasno powiedzieć, że faceci faceci to chuje, ale też mają uczucia, a kobiety potrafią zachowywać się jak panie lekkich obyczajów.
W „Testosteronie” mamy tak naprawdę przeplatające się ze sobą historię związków opowiedzianych przez 7 chłopa. Każdy z nich miał swoje „przeżycia” i swoje bolączki z kobietami. W tej siódemce znajdziemy każdy typ faceta. Jest ojczulek greckiego pochodzenia, który kobiety traktuje jak worek na nasienie. Jest rockman, snujący opowieści o swoich podbojach i przebojach. Mamy samego niedoszłego pana młodego, który jeszcze kilka godzin temu stał na ślubnym kobiercu. Znajdzie się miejsce na barmana zawadiakę i ogromnego pantofla, którego baba to zołza. Wszyscy spędzają wspólnie noc, w miejscu gdzie miało się odbyć wesele. Piękne leśne rejony, jezioro, namioty rozstawione w ogrodzie i natura, która miała podsycić atmosferę bawiących się gości. Niestety, panna młoda okazała się ździrą, która wykorzystała ślub do swoich komercyjnych celów, impreza się nie odbyła, ale ta zbłąkana szóstka + barman postanawia się upić.
Alkohol rozwiązuje języki. Każdy z mężczyzn zaczyna snuć swoją historie, która okazuje się być połączona z innym z panów. Dość szybko wychodzi na to, że faceci to chuje, ale dlatego, że kobiety ich do tego zmuszają. Wiadomo, nie jesteśmy idealni, ale jeśli laska robi nam krzywdę, to możemy zrobić trzy rzeczy: upić się, iść na wojnę lub zrobić sobie rajd po szparkach. Takie tournée bez zobowiązań, na chama i do końca.
Film Saramonowicza i Koneckiego to komedia przez duże K. Jest chamska i prawdziwa zarazem. Wielokrotnie podczas seansu widzimy własne doświadczenia życiowe i osobiste przeżyci, a co najlepsze – po tym wszystkim bawią nas one. Mamy w dupie, że laska nas zdradziła lub odeszła, stało się, mówi się trudno. Dzięki temu możemy spojrzeć ponownie w przeszłość i powiedzieć „fuck it”. „Testosteron” to klasyka, którą warto zobaczyć.
