Okja - recenzja1

Ten film miał mi się spodobać – a nie spodobał totalnie. Dla mnie, jako patologicznego zwierzoluba, filmy ze zwierzątkami powinny być przyjemnością, prawda?

Okja – recenzja

No cóż, tak nie jest. Nie lubię filmów ze zwierzętami. Nienawidzę tych emocji. „Marley i ja” obejrzałam raz, to mi wystarczy. „Uwolnić orkę” widziałam tylko pierwszą część, a „Mój przyjaciel Hachiko” – wcale. I to się nie zmieni. Ale obejrzałam film „Okja” i właściwie nawet trudno mi go jednoznacznie polecić lub nie polecić. Więc po kolei.

Mi-ja ma zwierzątko – niby nic nieoczywistego, prawda? Ale jej zwierzątko, to coś, co wyglada jak skrzyżowanie hipopotama i świnki, zachowuje się jak pies. Okja jest dość dziwnym stworem, ale to zupełnie nie przeszkadza dziewczynce. Gigantyczny zwierzak jest jej najlepszym przyjacielem.

Ale co się okazuje: Okja zostaje „uprowadzona” przez międzynarodową korporację. Takich zwierzątek jak ona jest więcej i finalnie mają one zastąpić inne zwierzątka. Oczywiście – na sklepowych półkach. Z drugiej strony, pojawiają się „zieloni” – obrońcy zwierząt, planety itp. Ci z kolei chcą uwolnić naszego stwora. I niby wszystko spoko, a takie osoby jak ja, powinny klaskać z zadowolenia, tymczasem oni pokazują cholernie przerysowany obraz ekologa, który np. nie oddycha zbyt często, żeby nie przyczyniać się do światowych problemów z przyrodą. Serio?

I właśnie o to chodzi. Ten film stał się bardzo propagandowy z obu stron. Ten film wykrzacza zarówno tych, którzy chcą wykorzystać przyrodę, jak i tych, którzy chcą ją chronić. Dużo tu bolesnych i utwierdzających fałszywe przekonania stereotypów, a zagrywki, rodem z bajek, mówiące o tym, kto jest dobry, a kto nie… Cóż, mam 31 lat, a nie 3 – na mnie to nie działa.

„Okja” to piękny film – świetnie przygotowany, zmontowany itp. Może nawet sama historia nie byłaby taka zła, gdyby nie pewne uproszczenia, które robią więcej krzywdy, niż pożytku.

Tagi: Okja – recenzja, filmy recenzja, marudzenie, blog popkulturowy, blog recenzencki, recenzje filmów