ONA:

Ciężko mówić o „Lejdis” nie wracając do „Testosteronu”. Ekipa twórców i aktorów praktycznie bez większych zmian, fabuła „jakby” znajoma, a humor równie smaczny. Ale jest nieco inaczej. Ba – mam wrażenie, że jest dużo lepiej niż w męskim poprzedniku, bo realizatorzy, widząc niezwykle pozytywny odzew, postanowili pojechać trochę po bandzie. I udało się im to wybitnie dobrze.

Tym razem głównymi bohaterkami są cztery babeczki – co jedna to lepsza. Mamy prawniczkę Gośkę (Iza Kuna), której głównym celem jest rozmnożenie się. Jest też Monia (Magdalena Różczka) – żona milionera, która niby ma wszystko, a ciągle chce czegoś więcej – aktualnie to większy biust. Jest też Łucja (Edyta Olszówka), nauczycielka po przejściach. No i całość dopełnia Korba (Anna Dereszowska) – korektorka. Oczywiście, w życiu naszych bohaterek muszą być jacyś mężczyźni. Gośka ma męża Artura (Piotr Adamczyk), który jest eurodeputowanym i do którego ona lata gdy tylko pojawia się owulacja. Ekscentryczny mąż Moniki – Tomek (Rafał Królikowski), czuje się ostatnim spadkobiercą Cesarstwa Rzymskiego, ale kocha swoją żonę ponad wszystko. Idźmy dalej: w życiu Łucji jest dwóch mężczyzn – jej syn Szymek i aktualny facet Marek (Robert Więckiewicz), który niestety, niezbyt ceni sobie wierność. W życiu Korby jest wielu facetów. Jak to w filmie powiedziano – ona jest jak myśliwy, któremu pod strzelbę zwierzyna sama podchodzi… Ale to tylko faceci. Problemów jest znacznie więcej…

Mimo, że na pierwszy rzut oka nasze bohaterki nie powinny mieć zupełnie powodów do narzekania, bo są młode, aktywne, bo żyją jak chcą – nie jest tak wcale kolorowo, jak mogłoby to wyglądać. Brak ciąży i mąż gej, kompleksy z powodu matki i nieplanowana ciąża – bo przecież równowaga musi być. Potem zdradzający facet i wizja samotności, aż w końcu powierzchowne „wyjebanie” na cały świat, które gdzieś w głębi jest wieloletnim dramatem. My poznajemy te kobiety na przełomie jednego roku – od sylwestra do sylwestra, ale różnica jest taka, że Lejdis odprawiają go w sierpniu. Całkiem sporo może się na przełomie jednego roku wydarzyć i bohaterki są tego przykładem.

„Lejdis” podobał mi się bardziej niż „Testosteron”. To już nie chodzi nawet o solidarność jajników, tylko o to, że twórcy wyciągnęli wnioski po poprzedniku i kolejną odsłonę wzbogacili o jeszcze lepszy humor, jeszcze ładniejsze detale, jeszcze bardziej intrygującą historię. „Lejdis” nie nudzi, a bawi – i to całkiem nieźle.

Za pomocą tego filmu kobiety zostały obdarte z resztek „kobiecości” sprzed lat. Nie jesteśmy kurami domowymi, które nie mają marzeń, pragnień, których życie wypełnia wyłącznie pranie, sprzątanie i gotowanie. Robimy kariery, romansujemy, idziemy pod prąd. Mamy pieniądze, mamy świetne kiecki i piękne mieszkania. Mężczyzna stał się partnerem, nie panem i władcą (no chyba, że kogoś to kręci). Pędzimy. Przeklinamy. Dokonujemy wyborów. Nie musimy – a możemy. Same kształtujemy nasze życie i jesteśmy niezależne. Same podejmujemy decyzje.

Absolutnie nie należę do grona feministek, ale bardzo cenię, gdy kobieta ma charakter i potrafi podjąć decyzję. Moja kumpela Daria powtarza, że „Jako kobieta oddaję cześć Bogini, której objawień ciągle poszukuję” i tego nam wszystkim życzę.

A do „Lejdis” wracam często. Bo warto.

ON:

Przyznaję się bez bicia: uwielbiam „Lejdis”. Uwielbiam ten film całym sobą, pomimo jego przerysowania i przesłodzenia. Jest to chyba najlepsza babska komedia romantyczna, jaką stworzyła polska ręka.

„Lejdis” można nazwać „babskim Testosteronem” tyle, że posiada on bardziej fabularną budowę. Dziewczyny z filmu Koneckiego nie siedzą na tyłkach i nie chleją wódy -one muszą się przemieszczać. Dzięki temu poznajemy je w różnych sytuacjach życiowych – nie tylko tych łatwych. Przyjaźń Łucji, Karoliny, Gośki i Moni ma swój czas jeszcze w czasach dziecięcych. Zaczynało się na podwórkowym trzepaku, w dniach kiedy pałowano Solidarnościowców. Nuda, spowodowana szarością Polski, została pokolorowana szafą pełną ciuchów i rysunkiem z podpisem „Lejdis”. Od tego czasu kobietki raz w roku, w czasie wakacji obchodzą własnego „Sylwestra”.

Każda z babek jest inna. Gosia to bizneswoman, która marzy o dziecku, tyle że jej facet bardziej woli towarzystwo innego mężczyzny, niż atrakcyjną szparkę jego kobiety. Łucja jest nauczycielką szukającą ojca dla jej syna i trafia na Marka – krętacza i kombinatora. Karolina to kobieta, która lubi się zabawić, a między jej udami było więcej facetów niż ja grałem na Xboxie. W końcu pojawia się ten, który zakochał się w niej po uszy, ale laska nie daje się tak łatwo opętać. No i Monia. Żona bogatego „dużego dziecka”. Facet kocha ją jak szalony, a to, że przy okazji popierdala z kumplami w rzymskiej zbroi – nie ma większego znaczenia.

Dziewczyny są ze sobą zżyte jak nikt. Wiedzą o swoich problemach, starają się je wzajemnie rozwiązywać i co najważniejsze – wspierają się. Ta prawdziwa przyjaźń boryka się z rzeczami, które nie zawsze są przyjemne, ale przedstawione są w taki sposób, że nie mamy złudzeń, że nawet najgorsze gówno można wyciągnąć z wentylatora. Ten film ogląda się sam. Od pierwszej do ostatniej minuty po prostu bawi i robi to w naprawdę rewelacyjny sposób. „Lejdis” widziałem już 7, a może 8 razy i za każdym razem jest on tak samo śmieszny. Najlepsze jest też to, że jak na polską komedię jest to wyjątkowo dobre kino. Nie ma tu złych ról i każdy z aktorów sprawdził się wyśmienicie, a moim faworytem jest Istvan.

Co tu wiele mówić, klasyk, który obowiązkowo trzeba zobaczyć.