ONA:
Nie chcę zbyt uogólniać i generalizować, ale podejrzewam, że większość z nas, kobiet, przynajmniej raz w życiu zapragnęła by po prostu być księżniczką, mieć księcia za męża, żyć w pałacu, mieć służbę i bogactwo. Nie pracować, tylko bywać. Nie mieć zmartwień – żyć jak w bajce. Tylko potem okazuje się, że ta bajka wcale nie jest taka cudowna. Księżniczki też bywają nieszczęśliwe.
Wśród tych prawdziwych, współczesnych Grace Kelly nazywana była szczęściarą. Miała wszystko: była piękna, uzdolniona, a film ją pokochał – od twórców, po widzów. To wzajemne uczucie sprawiło, że Grace zapracowała nawet na Oscara i jako zdobywczyni najważniejszej nagrody w amerykańskim przemyśle filmowym wraz z całą ekipą pojechała do Cannes. Po tej wizycie wiele się zmieniło. Właściwie, wszystko się zmieniło. Ponoć książę Monako, Rainier, zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Ponoć ona w nim również. I chyba faktycznie coś w tym było, bo para wzięła ślub już w następnym roku. I wtedy Grace przestała być aktorką, ulubienicą Hitchcocka, a zaczęła Jej Książęcą Wysokością Księżną Monako. Już nigdy nie wróciła na szklany ekran. Poświęciła się swojej rodzinie i funkcji, którą „objęła”. Początkowo miała ogromne problemy, by wejść w „tę” rolę. Była Amerykanką. W jej kraju prawa i obyczaje były zupełnie inne niż w Monako, nie wspominając już o etykiecie dworskiej… Ale i z tym poradziła sobie wybitnie. Jej aktorskie umiejętności w połączeniu z zachwycającą, posągową urodą, okazały się strzałem w dziesiątkę. Z Rainierem tworzyli burzliwe małżeństwo, ale absolutnie nie można zarzucać im braku miłości. Gdy tę bajkę na zawsze zakończył wypadek, Rainer był załamany… Tyle, jeśli chodzi o najważniejsze etapy w historii o aktorce, która została księżną. Ta bajka – prawdziwa do tego – stała się inspiracją do powstania filmu, który zawiódł mnie totalnie. Podejrzewam, że twórcom chodziło o „inne” ukazanie prawdy. Tym od „Diany” się to udało. „Grace, księżna Monako” wyszła dużo gorzej.
Zacznę od podstawy: fabuła. Otóż cała opowieść kręci się wokół problemów: Grace z Rainerem, Grace, która chce wrócić do kina, Monako vs. Francja, Grace vs. bycie księżną, bla, bla, bla. Za dużo wątków, które do tego wszystkiego zostały strasznie pobieżnie potraktowane. Rozumiem, że film Oliviera Dahana miał nieco zerwać ze stereotypami i ogólnym wyobrażeniem. I trochę tak było. Państwo Grimaldi byli normalnym, zdrowym małżeństwem, które kłóciło się i rzucało talerzami. Były i ciche dni, i momenty zwątpienia. Były oczekiwania i dochodzenie do kompromisów. Było też mnóstwo tych wyjątkowych chwil i one też są w tym dziele pokazane. Ale wydaje mi się, że Grace zasługuje na to, by jej historię młodszym pokoleniom przypomnieć kompletnie, a nie tylko z perspektywy Amerykanki, która jakimś cudem trafiła na dwór i średnio potrafiła się na nim odnaleźć. Druga sprawa: Nicole Kidman. Jest mi szalenie przykro jak widzę co ta kobieta z sobą i ze swoją karierą robi. Uwielbiałam ją z jej rudą czupryną, bystrymi oczami i głosem, którym uwodziła jak syrena. Teraz stała się karykaturą, która nie potrafi zmarszczyć czoła. Wyobraźcie sobie scenę, w której Kidman, jako księżna Grimaldi, uczy się mimiki. Nie słychać tego, ale dosłownie widać jak pod wpływem słowa na kartce pękają nici i rozbijają się cząsteczki kwasów i innych wypełniaczy. Miało wyjść pięknie, miało to udowodnić, że i Kelly, i Kidman potrafią pokazać każdą emocję, wyszło śmiesznie. Oczywiście w scenach, gdzie można mieć lekko subtelny uśmieszek, typowy dla koronowanej głowy, gdy widać jej piękną sylwetkę, łabędzią szyję, gdzie mamy zachwycającą kreację i biżuterię godną pozazdroszczenia – jest po prostu olśniewająco. I jedynie tymi scenami Nicole wygrywa… No i dochodzimy do punktu, w którym okazuje się, że i fabuła, i główna kreacja aktorska mają wiele do życzenia. A jednak mimo wszystko uważam, że warto obejrzeć to dzieło, ale też warto zainteresować się samą Grace. Bo jej historia jest wyjątkowa.
