Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY RECENZJA

127 Hours

ONA:

Hmm… Sama nie wiem co o tym filmie myśleć. Z jednej strony, podobał mi się szalenie. Z drugiej, były momenty, w których ze znudzenia nerwowo przeglądałam Facebooka. Spróbujmy się zatem z nim rozprawić.

Głównym bohaterem jest Aron. Od poniedziałku do piątku jest zwykłym szarakiem, kolejnym korpo-szczurem, na końcu łańcucha pokarmowego. Jednak w weekendy zapomina o całym świecie i pędzi przed siebie, w poszukiwaniu adrenaliny. Może faktycznie tylko to trzyma go przy życiu? Sam sobie narzuca ogromne tempo, chce podbijać, chce zdobywać. Jest w tym szaleństwo. A do tego wszystkiego, jest totalnym burasem, który nie sięga dalej niż koniec własnego nosa, nie przejmując się bliskimi. Ignorując ich troskę, odrzucając miłość. Jest on i jego ego. Dość to śmieszne. Szarak z nabrzmiałym ego to kombinacja dość zabójcza.

Podczas swojej kolejnej wyprawy przytrafia mu się coś innego. Po pierwsze, spotyka atrakcyjne turystki, wdaje się z nimi we flirt i faktycznie coś zaczyna iskrzyć. Po drugie, podczas samotnej wędrówki wpada w rozpadlinę, a ogromny głaz przygniata mu rękę. I przez najbliższe 127 godzin (ponad 5 dni) głaz będzie jego przyjacielem.

Chłopak oczywiście nikomu nie zdradził gdzie będzie. Nie ma przy sobie komórki. Ma niby jakiś sprzęt, typu made in China, ma mały zapas wody i jedzenia. Ma też kamerę i aparat. I kombinuje. Głaz nawet nie drgnął. Mężczyzna z każdą chwilą jest coraz słabszy. Po kilku dniach organizm zaczyna się solidnie buntować. Zaczynają się pojawiać halucynacje i zwidy. Bohater słabnie z każdą minutą, a pomocy nie ma. Nie pomagają krzyki, wołanie i błaganie. Jest w takiej dupie, że jedyną żywą istotą jest przelatujący kruk i kilka mrówek. Jest w takiej dupie, że zaczyna pić własny mocz. Co zrobi?

Nie chcę spojlerować, oj nie.

Film jest ciekawy, dość fajnie poprowadzony. Faktycznie, zaczynamy żyć przeżyciami Arona, ale to dopiero po jakimś czasie (kiedy pojawiają się haluny – w moim przypadku). Wielokrotnie dopadało mnie pytanie, czy ja dałabym radę. Pewnie nie. I co ciekawe – jest to film na faktach. To dopiero miażdży głowę!

Nie dziwę się że i książka, i film osiągnęły mega sukces.

Niemniej – warto uczyć się na błędach głównego bohatera.

Jest git.

ON:

Nie jestem typem, który nadmiernie przepada za wysiłkiem fizycznym. Lubię rower, czasami basen, ale to jest maksimum mojego zaangażowania w wyczyny sportowe. Ale są miejsca, do których mimo trudów chętnie bym się wybrał – Wielki Kanion, Wodospad Niagara czy Tybet. I niezależnie od wysiłku jaki miałbym włożyć w taką podróż, to wiem że dałbym z siebie wszystko, aby osiągnąć cel.

127 godzin to film o dawaniu z siebie wszystkiego i przekraczaniu barier, których normalny człowiek mógłby nie przekroczyć. Aron Ralston, na co dzień pracujący jako inżynier, w weekendy człowiek adrenalina. Dla niego weekend zaczyna się już w piątek w nocy, wtedy przygotowuje się do podróży. A w sobotę rano on i jego wierni przyjaciele – rower, plecak z wodą i jedzeniem, aparat, kamera, a także nóż i kawałek liny zaczynają podbój bezdroży Stanów Zjednoczonych. Problemem Arona jest jego alienacja i zapatrzenie w siebie. Jego wypady potrafią być spontaniczne i tak bardzo tajemnicze, że do czasu jego powrotu nikt nie wie gdzie się znajdował i co robił.

Arona poznajemy właśnie takiego poranka, kiedy pomyka na rowerze po rozgrzanych słońcem skałach. Chwila przerwy, łyk wody, kęs jabłka i następny kawałek terenu do zbadania, dziura w ziemi do sprawdzenia. W takich miejscach nie ma wielu turystów, spotkanie kogoś graniczy z cudem, ale naszemu bohaterowi udaje się spotkać dwie zagubione turystki, którym pokazuje alternatywny sposób spędzania czasu. Dzięki niemu zwiedzanie kanionów nie będzie już takie same. Wszystko co dobre kiedyś się kończy, dziewczyny idą w swoją stronę, a Aron w swoją, tyle że na  jego drodze stanie teraz przeszkoda, z którą będzie walczył 127 godzin.

Od tego momentu to film jednego aktora, uwięzionego w szczelinie, z zakleszczoną dłonią grającego Arona – Jamesa Franco. Jego monologi i sposób w jaki pokazuje to co się z nim dzieje, zagrane jest mistrzowsko. Uważam, że stanął on na bardzo wysokim poziomie i aż do drastycznego finału naprawdę dał z siebie wszystko.

Reżyser Dany Boyle pokazuje, że tak samo dobrze czuje się w thrillerach i filmach Sci-fi, jak i w dramatach obyczajowych. Trzeba przyznać, że kilka ostatnich jego pozycji, od „28 dni później”, poprzez „W stronę słońca” a kończąc na „Slumdog Millionaire” trzyma naprawdę bardzo wysoki poziom. 127 godzin spokojnie wchodzi do czołówki najlepszych filmów reżysera.

Naprawdę warto.

PS. Film jest oparty na faktach, a Aron Ralston to postać, która pokazała jak wiele jest w stanie przetrwać zdesperowany walczący o życie człowiek.