ONA:
Gnam. Gnam od prawie 3 lat w takim tempie, że zastanawiam się, czy da się to jeszcze wyhamować inaczej, niż roztrzaskując się na ścianie. Nie narzekam, nie mam na co. Chciałabym trochę więcej czasu poświęcać sobie, chciałabym się wysypiać, chciałabym móc przestać wybierać pomiędzy tym, co rozsądne, a tym, co podpowiadają emocje, bo one zawsze przegrają – cóż, taki charakter. Obejrzałam ten film w bardzo dobrym momencie w moim życiu…
Christopher McCandless (Emile Hirsh) to chłopak, który właśnie skończył studia. Był bardzo dobrym uczniem, bardzo dobrym sportowcem i bardzo dobrze realizował plan swoich rodziców. Aż do pewnej chwili, w której postanowił po prostu zerwać z dotychczasowym życiem. Rozdał rzeczy, spakował to, co najpotrzebniejsze, pieniądze oddał na cele charytatywne i ruszył przed siebie. Jego celem stała się Alaska i życie pośród dzikiej, nieokiełznanej przyrody. Wyruszył sam, ale po drodze spotkał wiele osób, które bardzo wpłynęły na jego życie, na jego odczuwanie, emocje. Oni wszyscy wybrali inny sposób na życie, bardziej alternatywny, nieco „włóczęgowski”, ale w żaden sposób mniej wartościowy od ludzi przywiązanych do wypacykowanego domu, białego kołnierzyka i życia na pokaz. „Into the wild” to film, który raz na zawsze rozwiązuje odwieczny problem – mieć, czy być?
Główny bohater w swoim życiu spotkał masę osób – bliższych i dalszych. I to oni w dużej mierze ukształtowali go – sprawili, że pragnął on odcięcia od całego świata. Weźmy na przykład jego rodziców. Z pozoru stanowili oni przykładną rodzinę – dzieci ułożone, zdolne, kasa jest, majątek jest – niby jest wszystko. Tylko to „wszystko” wybudowane jest na zgliszczach, na złych emocjach, na podłych zachowaniach. I w takim domu dojrzewał Chris wraz z siostrą. I kiedy już wyruszył w nieznane, poznał ludzi, którzy podobnie jak on – porzucili wszystko. Jedni mieli auto, którym podróżowali, inni osiedlili się w przyczepie, minimalizując swoje potrzeby na maksa. Jeśli potrzebowali pieniędzy – łapali dorywczą pracę, by potem spokojnie, swoim rytmem przeżyć kolejne dni, tygodnie, może nawet miesiące. Nic ich nie ograniczało – nic i nikt. Tego właśnie pragnął młody McCandless. Marzył o wolności, niczym nieograniczonej swobodzie, o życiu w zgodzie z samym sobą, a nie wbrew sobie… „Into the wild” to zapis jego przygody, jego wyboru. Spędzamy z nim chwile, które może i początkowo wyglądają na nieco zbyt idealistyczne, ale koniec końców zaczynamy żyć tempem tego filmu, stajemy się jego integralną częścią, każdym zmysłem chłoniemy piękno przyrody – nieskażonej przez niszczycielską moc, jaką jest człowiek. Osuwamy się subtelnie w muzyce. Wyciszamy. W końcu łapie nas refleksja: kiedy jak nie teraz będę żyć?
Wiele można tej produkcji zarzucać: że jest nieco nudnawa (szczególnie na początku), że jest trochę hipokrytyczna i ślepo idealistyczna. Ale dawno, naprawdę dawno nie widziałam „obyczaju”, który mnie tak poruszył. Jest w nim sporo wartości, mądrych słów i duchowych uniesień, ale nie szukajcie w nim żadnej religii. Jest w nim sporo fragmentów, które poświęcone były szczęściu, o tym gdzie go szukać, jak dzielić… Mądre, fajne kino.
ON:
W całym naszym zakochaniu w filmach przepełnionych akcją, czasem udaje nam się oderwać od tego typu produkcji i kierujemy swoje kroki w inne gatunki. Tak właśnie było kilka dni temu, kiedy to Paulina stwierdziła, że powinniśmy obejrzeć „Into the wild”. Na początku byłem lekko negatywnie nastawiony do tego dzieła, ale każda kolejna minuta uświadamiała mi jak bardzo się myliłem.
Scenarzystą i reżyserem tej „ezoterycznej” podróży przez Stany jest Sean Penn. Postanowił on opowiedzieć nam historię Christophera McCandlessa, młodego chłopaka, który marzył o tym aby pojechać na Alaskę i tam zamieszkać w dzikiej głuszy. Jego życiowe wybory pokierowane są kolejnymi osobami i zdarzeniami, które spotyka na swojej drodze. Opuszczenie domu rodzinnego spowodowane jest chorą relacją na linii on-rodzice. Toksyczność w czterech ścianach urosła do takiego poziomu, że nie można było już mówić o zwykłych stosunkach. Dla Christophera musiał nastąpić odpowiedni czas, ale gdy już ten dzień nastał chłopak nie odwracał się za siebie.
Ten film jest opowieścią o dobrych ludziach. Praktycznie wszystkie osoby, które stanęły na drodze podróżnika, w jakiś sposób mu pomogły. Każdy z nich dzielił się doświadczeniem, a niekiedy jedzeniem i pieniędzmi. Młodzieniec nie bał się ciężkiej pracy, a co najlepsze – sprawiała mu ona niesamowitą radość. Pozwalała oderwać się od chorego systemu wartości, narzuconego przez konsumpcyjne społeczeństwo. Christopher mówi „Mam dość tego że ludzie są dla siebie źli. Dlaczego tak się dzieje?” i sam stara się być tym dobrym. Jednocześnie, nawet jeśli nie specjalnie, to przyczynia się do cierpienia innych, a mianowicie swoich rodziców, którzy w pewnym momencie zaczynają zachodzić w głowę gdzie jest ich dziecko. Niestety, nie ma on zamiaru wracać między cztery ściany, w których ojciec i matka tworzą własne wojny. Walki, gdzie jeńcami są emocje. Podróż do głuszy, jaką zapewnia sobie bohater, pozwala mu inaczej spojrzeć na świat. Niezgrabne początki pośród śniegów zmieniają się w zaawansowane dni wśród natury. Znaleziony w głuszy opuszczony autobus staje się azylem, mekką i bezpieczną przystanią. To tutaj wydaje się być prawdziwy dom Christophera, z jednej strony pusty, bo bez rodziców i siostry, z drugiej pełen nowych doznań i doświadczeń.
Film ten pokazuje jak wiele zmienia się w naszym postrzeganiu, jeśli pozbędziemy się pętli nakazów i zakazów, jakie są nam dane. Okazuje się, że wolność człowieka to nie tylko wolność fizyczna i psychiczna, ale także wolność duszy, wolność ideałów i wierzeń. To, co mamy w naszej głowie, w naszym sercu, pozwala nam swobodnie podejmować decyzje dobre, pomimo tego, że spontaniczne. Gdy spojrzymy za siebie może okazać się, że wiele naszych wyborów było podyktowane złymi radami. Wystarczyło pomyśleć trochę inaczej i nasz dzisiejszy dzień mógłby być inny. To kino spokojne, refleksyjne i dające do myślenia. Naprawdę warto.
