Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

Baner FILMY RECENZJA

Bird box – recenzja

Bird box - recenzja

Bird box – recenzja

Wygląda na to, że jestem jedną z siedmiu osób NA ŚWIECIE, którym film „Bird box” się podobał. Serio, ja przepadłam. I co prawda nie zamierzam teraz chodzić po świecie z opaską na oczach (ani nawet klapkami), ale produkcja ta uświadomiła mi kilka rzeczy.

Jeden: Lubię Sandrę Bullock. Lubię ją w durnych komediach, lubię, gdy gra w czymś mniej zabawowym. Uważam ją za aktorkę naturalną. Gra świetnie, bez zadęcia.
Dwa: W przypadku jakiejkolwiek katastrofy, czy to koniec świata, czy inna wojna – nie przeżyłabym tygodnia.
Trzy: Dzieci to zawsze problem.
Cztery: Aquaman podobał mi się mniej, niż „Nie otwieraj oczu”.

Dwie linie czasowe. Ta „teraz” i ta „5 lat temu”. Malorie (S. Bullock) jest w ciąży. Gdzieś w Rumunii czy innej Rosji zaczynają się dziać mocno popieprzone rzeczy – ludzie popełniają samobójstwa i mniej lub bardziej efekciarski sposób. No ale przecież to druga część globu. Nie ma się czym przejmować. Prawda?

PRAWDA?!

A no guzik. To dziwne coś dotarło i do Stanów. Garstka osób, w tym Tom (Trevante Rhodes), Douglas (wkurwiony jak zawsze John Malkovich), Cheryl, Charlie i jeszcze jedna ciężarna… No, trochę ich w tym domu schroniło się. Twórcy filmu tak wymyślili te sceny, by można spróbować utożsamić się z kimś. Są tam WSZYSCY. Żadna grupa nie powinna czuć się poszkodowana. Oczywiście, jak łatwo się można domyśleć, kolejne trupy padną dość szybko.

I nie za bardzo wiadomo czemu, ale wygląda na to, że nie można patrzeć. Że od patrzenia na coś, cholera wie na co, po prostu odwala szajba, oczy zachodzą jakimś badziewiem, a potem to albo okno, albo nożyczki, albo klasyczne wejście do płonącego samochodu.

Druga linia czasowa to już sama Malorie z dwójką dzieci, w łódce, zmierzająca do jakiegoś dziwnego miejsca. Oczy oczywiście zasłonięte.

Trochę mnie dziwi, że ludzie są „zniesmaczeni” durnością fabuły. No przepraszam, po „The Happening”, w którym roślinki zabijały ludzi, a że „A Quiet Place’ się sprzedało, to idźmy w tę stronę.

Halo… Tu ludziom, którzy patrzą na cholera wie co, odbija palma – czego się spodziewacie? Bo ja finezyjnych samobójstw i zastanawiania się kto polegnie następny. I tak, wiem. Okrutne. Ale przecież to główny element całej zabawy! Wykonanie jest spoko. Historia też – bo wkręca. Mnie trochę zawiódł koniec, ale to się da oglądać. Ale raz. Cała frajda kończy się wraz z poznaniem tajemnicy.

Tagi: Bird box – recenzja, filmy recenzja, recenzje filmów, marudzenie, blog popkulturowy, blog marudzenie, blog recenzencki